Rozdział V




Pobyt na parafii w Bykówce uświadomił Piotrowi, że rola kapłana będzie dla niego nieosiągalna. Ten moment, gdy stanął przy ambonce aby wygłosić kazanie i nie mógł wymówić jednego słowa… ten moment był przełomowy. „Tak, wujek Kazik miał rację” – zadumał się przypominając sobie słowa nieżyjącego już, bliskiego mu człowieka.

Czy jednak sam problem z wymową był decydujący przy podejmowaniu tak ważkiej decyzji życiowej? Sam w to nie wierzył. Z biegiem lat, może też na skutek szperania w dziejach przodków rosła w nim nieodparta potrzeba wychowania dziecka. Tak, zdawał sobie sprawę, że już kiedyś w życiu przechodził taki okres tęsknoty za własnymi dziećmi, za kimś, kto byłby kością z jego kości i krwią z jego krwi. Później to pragnienie przycichło, by teraz z nów z nową mocą dać o sobie znać. „Mama będzie rozczarowana, niepotrzebnie znów jej zrobiłem złudzenia, że będzie miała syna księdza” – bił się z myślami, ale w tym momencie jedna myśl musiała już zwyciężyć. „Tak, muszę znaleźć dziewczynę, która będzie matką dla moich dzieci” – powtórzył sam sobie.

Droga z Legionowa do Nowego Dworu Mazowieckiego to prawie 23 kilometry. Jazda rowerem do pracy i z pracy dawała czas na solidne przemyślenia w ciszy i spokoju. Jak na kawalera nie był już najmłodszy… żyjąc z rodzicami i siostrą zapewne ma już cechy zwane zdziwaczeniem. Czy będzie dobrym mężem? Czy szukać wyłącznie matki dla dzieci, czy też dobrej żony? Zadając sobie samemu serię pytań zadał ostatecznie i to najważniejsze: czy dobra matka nie powinna być jednocześnie dobrą żoną? Może zatem czas wrócić do marzeń o „białym, małym domku” a w nim uśmiechniętej żony i biegających w około stołu dzieci? Tylko gdzie jej do cholery szukać. Jako kandydat na xiędza raczej nie miał w tym doświadczenia. Pierwsza okazja przyszła sama.

- Panie Piotrze, do pana – dobiegł głos pani Marzena z zielarni. Piotr przeprosił na chwilę pacjentkę i wyszedł odebrać telefon.
- Słucham…
- Cześć, pamiętasz na którą my mamy być o Zawadzkich na imieninach? – to Wiesiek, stary przyjaciel z podstawówki, z którym Piotr zawsze odwiedzał ich wspólnych znajomych.
- Dobrze, że zadzwoniłeś, ja bym zapomniał. U nich, jak zawsze na siódmą. Boże, ja się muszę zerwać z pracy!

Pacjentów na wieczór nie było, więc i z zerwaniem się problemu nie było.
U Zawadzkich zawsze wszystko było takie samo. Poznali się będąc nastolatkami, imprezy organizowali zawsze na siódmą wieczór, zawsze zapraszali te same osoby a i potrawy na stole były zawsze te same. Tam niespodzianek być nie mogło.
Nie mogło, a jednak…
Ewa Zawadzka przywitała chłopaków w przedpokoju tradycyjnym uściśnięciem ręki. Dziewczyny z „Piasta” miały już taki zwyczaj. Nie wiadomo, czy to ich męska natura zagnała ich do organizacji, czy też organizacja tak je zmieniała, w każdym razie każda z nich była dobrym kumplem, ale życie pokazało, że żadna nie została szczęśliwą żoną. Tak też było i z Ewką. Jej mąż, który był spoza „rodziny”, nie miał z nią łatwego życia. W każdej chwili widać było, kto tam spodnie nosi. A on… cichy, spokojny, pogodzony z losem, zawsze wsunięty w kąt ostatni.
Tego wieczora nie było inaczej. Po wejściu do mieszkania trudno go było wręcz wzrokiem wyłowić. Siedział gdzieś za wielką paprocią i czytał książkę całkiem lekceważąc otoczenie. Ewka za to była w swoim żywiole: z tym się przywitała, tamtemu dała kuksańca, z innym opowiedzieli sobie pieprzny dowcip. Bawiła się na całego.

- Wiesiek, Piotr, poznajcie Dankę – powiedziała pokazując palcem na schowaną w kącie wysoką, szczupłą i trochę wystraszoną dziewczynę. – No i naturalnie nie pytajcie o nic więcej – dodała a przybysze doskonale zrozumieli, że i ona musi być z „rodziny”. W jej wyglądzie i zachowaniu jednak nie wszystko pasowało do dziewczyn z „Piasta”, które można było scharakteryzować krótko: „od cholery”. Danka miała w sobie coś z męskiego wyglądu, ale jednocześnie była bardzo sympatyczna i… wyjątkowo nieśmiała. Tę ostatnią cechę przykrywała dziwnymi żartami. Często jakby wybuchała całą sobą, całym swym wnętrzem w kierunku innych aby zaraz zamknąć się w sobie kwitując wszystko jednym słowem „żartowałam”.
Piotr już w kilka minut po wejściu do Zawadzkich poczuł w niej bratnią duszę a niedługo potem z całą świadomością postanowił się do niej zbliżyć. Dziewczynie musiało to odpowiadać, gdyż w najbliższych dniach spotkali się wielokrotnie. Nie uszło to uwadze nawet najbliższym Piotra a Urszula wprost zaczęła się wypytywać o „tę dziewczynę”. Wszyscy zaczynali coś insynuować. Gdyby to było takie proste! Nie brakło mu kontaktów z dziewczynami – kumplami. Z tymi, owszem, wiedział, jak postępować. No, ale jak zabrać się do kandydatki na żonę? Jak dobrze poznać a nie zrazić… bo to może jedyna okazja, ostatnia szansa! No i ten jej cholerny problem „żartowałam”. Nigdy nikt nie mógł być pewien, czy mówi coś poważnie, czy też żartuje, choć prawdopodobnie tym magicznym słowem ukrywała szczerość.

- Może byśmy pojechali na moją działkę? – Piotr zaproponował, w odpowiedzi na standardowe pytanie „co zrobimy?” – Rozpalimy sobie ognisko, coś upieczemy, pogadamy i przenocujemy do rana – zachęcał nie licząc nawet na zgodę.
- No, dobry pomysł – usłyszał niespodziewaną odpowiedź.

Na Szczypiorno zajechali o zmierzchu. Piękna pogoda letniej nocy zachęcała do spędzenia czasu pod gołym niebem. Zgodnie więc z planem rozpalili ognisko, piekli kiełbaski, rozmawiali. Nieco po północy zrobiło się jednak chłodno.

- Idziemy do środka? – zapytała Danka wstając już z pieńka.
- Możemy, ale ja muszę najpierw ugasić ogień.

Gdy weszli do budynku, Danuta dawało do zrozumienia, że dalej chce jeszcze rozmawiać. Pół leżąc, pół siedząc na jednym z dwóch łóżek spędzili kolejne kilkanaście minut rozprawiając o wszystkim i niczym…

- Wiesz, ja już muszę jechać – zawołała w pośpiechu wstając z tapczanu. – Ty zostajesz czy odwieźć cię do Legionowa?

Piotr nie miał czasu na zebranie myśli. Tak, cały czas domyślał się intencji dziewczyny, ale nie tak chciał budować ich przyszłość. Nie w tym celu ją poznał i nie w tym celu zabrał na działkę. Brak doświadczenia próbował nadrobić wyśnionymi ideałami. Teraz całkiem zaskoczony wymamrotał jedynie, że chyba jednak tu zostanie. Dziewczyna odjechała a po kilku dniach napisała list, że więcej się nie spotkają.
Rzeczywiście, Piotr wtedy widział Dankę ostatni raz. Owszem, doszły go wieści, że w ciągu dwóch miesięcy wyszła za mąż za dalekiego kuzyna, nigdy jednak nie dowiedział się, czy była to prawda, czy jedynie jakieś usprawiedliwienie dla zerwanych relacji. Nie był w niej zakochany, raczej zainteresowany, zafrapowany… intrygowała go swoją zagadkowością, przywdzianą maską. Chciał ją rozgryźć. Nie udało się. Pozostał niesmak. „Dobrze, że siostra Kamila nie zna takich przypadków, bo całkiem zwątpiłaby w ludzi” – pomyślał rozważając nauki moralne katechetki.
Ostatnia przygoda dała za to Piotrowi nieco wiary w samego siebie. Pomyślał, że skoro coś zaczynało się kręcić z Danką, to czemu nie z inną? Idąc tym tropem, już w kilka tygodni dni później myślami był z Anną. Gdzie ją poznał? Chciało to wiedzieć wielu, nie dowiedział się nikt. Nie ulega jednak wątpliwości, że od początku ich cel był zgodny, oboje chcieli już założyć rodzinę. Chcieli tak bardzo, że pierwsze, nienajlepsze wrażenie, jakie na sobie wzajem wywarli, nie było w stanie ich zniechęcić.
Anna była zupełnym przeciwieństwem Danuty. Niska szatynka, okrągła na buzi i wyraźnie utykająca na lewą nogę. Zarówno w porównaniu do swej poprzedniczki jak i do Piotra uderzała też różnica w charakterach. Mimo, iż w oczy rzucał się kompleks inwalidztwa, to jednak zawsze wiedziała czego chce, zawsze umiała wyrazić swoje oczekiwania, stała w swoich poglądach i bardzo wymagająca od innych. Umiała narzucać swoją wolę. Nie był to wymarzony przez Piotra ideał, ale i on nie był typem, o którym ta dziewczyna śniła. Trzymało ich przy sobie tylko jedno – mieli dość samotności i trochę nadziei, że „jakoś to będzie”.

Tymczasem z tygodnia na tydzień paradoks w relacjach z Anną się pogłębiał. Z jednej strony mieli siebie dość czując, że podążają w ślepą uliczkę, z drugiej zaś oboje doszli do wniosku, że są sobie pisani. Latem 1994 roku Piotr zaprosił dziewczynę na kilkudniowy pobyt w Szczypiornie. Podczas długiego spaceru przez wieś Anka zapytała:

- Nie wstydzisz się tak iść ze mną za rękę?
- Czemu mam się wstydzić? – odparł najzupełniej szczerze.
- No… z taką kulawą…
- Aniu, przecież tak będziemy chodzić całe życie!
- Piotr. Ty chcesz się ze mną ożenić? Naprawdę? – Anna była tak naturalnie zdziwiona, że chłopakowi stanęły łzy w oczach. Gdy wreszcie udało mu się ukryć wzruszenie, odparł:
- I mam nadzieję, że będzie to bardzo szybko!

Te niecodzienne oświadczyny zakończyły się nagłym planowaniem ślubu. Zanim doszli do działki Piotra, już wiedzieli, że małżeństwem staną się w następne Boże Narodzenie, wiedzieli, kim będą ich świadkowie i kogo zaproszą na wesele.
Na miejscu okazało się, że ojciec Piotra wyjechał rowerem Bóg wie gdzie a Ania ze wzruszenia planowanym ślubem nie mogła powstrzymać szlochu. Przysiadł więc koło niej gładząc po prostych, opadających na ramiona włosach, dłonią ocierał spływające łzy. Przytuliła się do niego całym ciałem, a on, pomny lekcji, jaką dostał od Danki, nie odtrącił jej.
Później nie było już tak romantycznie. Mimo wielu dni, jakie wspólnie spędzili, oddalali się od siebie w sposób coraz bardziej widoczny, choć nadal planowali małżeństwo. Niezadowolenia a nawet oburzenia z powodu tej znajomości nie kryła matka Piotra. Dla niej dziewczyna nie była dobrym materiałem na synową a myśl o weselu była równa apokalipsie. W rozmowach z synem wprost zarzucała Annie niemoralne zachowanie, chłodny stosunek do wiary i widoczne wywyższanie się. Jak na ironię jej syn w duchu w zupełności zgadzał się z tym wszystkim, dziewczynę usprawiedliwiał jedynie dla świętego spokoju w domu.

Gdy po raz pierwszy brał do ręki zdjęcie Małgorzaty, nie podejrzewał nawet, że spośród setek tysięcy fotografii, jakie przeszły i przejdą przez jego ręce, to jedno kiedyś... Ot, zdjęcie, jak zdjęcie… jakieś przyjęcie rodzinne, za stołem nieznane mu osoby a na pierwszym planie ładna, krótko obcięta dziewczyna szepcąca coś do ucha kilkuletniego chłopca. Intrygujący był podpis: „To ja z moim synkiem”. Zdjęcie było tylko dodatkiem do listu, jaki wysłała do Piotra, bioterapeuty i masażysty, którego prosiła o pomoc dla chorej matki. Po raz pierwszy spotkali się kilka lat temu. Nie pamiętał jednak wiele z tego dnia…
Starsza pani była już po wizycie u innego znachora i wróciła praktycznie z wyrokiem śmierci. Jej kres miał być bliski. Piotr, który niedawno ukończył studium medyczne i kilka innych „tajemnych” szkół, był głodny spektakularnego sukcesu zawodowego. Lubił też pomagać, a że dziewczyna ładna była… to był zaledwie mały szczegół.
Spotkali się kilka dni później. On, spóźniony, przejęty zbliżającym się spotkaniem z dziewczyną… zwyczajnie stremowany, nie wiedział czy stać go aby podejść. Patrzył na nią z daleka jak stała zmarźnięta pod Kolumną Zygmunta i wahał się... Gdy już było po wszystkim, nie pamiętał nic, ani jak była ubrana, ani nawet o czym rozmawiali.
Dziwne. Piotr był przecież w tym czasie zaręczony. Jego dziewczyna mieszkała bardzo daleko, więc nie widywali się często, ale żadnego z tych spotkań nie można było porównać do spotkania z Małgorzatą. Wyczekiwał spotkania z Anką, cieszył się widząc ją, ba, marzył o każdym następnym widzeniu, ale żadne go tak nie speszyło, nie otumaniło jak to z Małgorzatą na warszawskiej Starówce. O treści przebytej rozmowy dowiedział się praktycznie dopiero z otrzymanego listu. Dziewczyna pisała, że są umówieni w Janowie Podlaskim. Z dalszej treści listu wynikało, że mają spotkać się w jej domu a później pójdą zająć się starszą panią.

Było późne, lutowe popołudnie 1996 roku. Z warszawskiego dworca Stadion wyruszył wysłużony autobus, który po kilkugodzinnej podróży miał dojechać nad białoruską granicę. Tak długo, jak upchani pasażerowie ogrzewali jego wnętrze, podróż była w miarę znośna. Jednak na kilkadziesiąt kilometrów przed celem podróży, pojazd opustoszał a Piotr, oparty o szybę autobusu, zasnął.

- Proszę pana, proszę pana – usłyszał jakiś natarczywy głos dobiegający znad głowy. – Dojechaliśmy, pora wysiadać – kierowca starał się dotrzeć do świadomości zaspanego trzydziestoparolatka. No tak, dojechali, Piotr powoli odzyskiwał świadomość. Wstanie z siedzenia nie było jednak proste – cały rękaw przymarzł do szyby.

Moniuszki 6 – na ten adres nie mógł w tych czasach doprowadzić żaden GPS ani Google Maps. Mimo to Piotr nie musiał nikogo pytać o drogę. Przed wyjazdem z domu dokładnie przestudiował plan nieznanej sobie osady i zapamiętał drogę krok po kroku. Z pętli autobusowej wejść w Przechodnią, później w prawo w Brzeską… tak, to ten wysoki, biały dom. Pamiętał dobrze: nie wchodzić na schody, bo tam straszy. Trzeba wejść na parter a właściwie do sutereny. Zapukał. Chwila oczekiwania i w uchylonych drzwiach ukazała się ona – ciemna szatynka o krótkich włosach. Nie była wystrojona. Ot tak, w zwykłych codziennych ubraniach, w jakich mogła krzątać się po domu cały dzień. Piotr też nie przyjechał w garniturze z kwiatkiem w ręku. To była zwyczajna wizyta terapeuty, który przyjechawszy z daleka, musiał gdzieś odpocząć i przespać się.
„Dziwne mieszkanie” - pomyślał nowoprzybyły. Z bardzo niskiego przedpokoju drogi biegły w dwie strony. Niemal zaraz od drzwi można było schodami wspiąć się na wysoki parter, gdzie mieszkała siostra Małgorzaty, Maryla. Jak opowiadała później Gosia, z drogi tej korzystała tylko Maryla gdy zbiegała na dół aby zrobić kolejną awanturę. Na wprost drzwi wejściowych, po zejściu dwóch stopni, wchodziło się do dużego, ciepło urządzonego pokoju. Do jego jednej ściany przylegało pomieszczenie służące za kotłownię zaś po lewej stronie Małgorzata wygospodarowała własnymi siłami pokoik dla pięcioletniego synka. Jeszcze dalej na lewo, wchodziło się do kuchni. Łazienka, kość niezgody między siostrami, była naprzeciw schodów, równolegle do korytarza. Wszystko to, choć zjeżony włos mógł dotknąć sufitu, sprawiało dobre wrażenie troski, ciepła i dobrego gustu, choć w całej aranżacji nieobca była i nutka smutku.
Gospodyni po oprowadzeniu swego gościa po mieszkaniu i zorganizowaniu jakiegoś posiłku, zaprosiła do zajęcia miejsca w kuchni, gdzie mimo prac kuchennych, mogli spokojnie rozmawiać. Z kuchni nie wyszli nawet wtedy, gdy ona nic już nie robiła. Siedząc tak na popularnej „rogówce” przy stole, on słuchał, ona opowiadała. Gdy kończyła, na niebie wstawało słońce. Przez te godziny wydawało się, że człowiekowi, którego niemal pierwszy raz na oczy widziała, opowiedziała całe życie.
„Wydawało się” to zwrot adekwatny, bo choć słowa ujęły wiele, nie tak łatwo poszło z ich przyjęciem. Wysłuchać w ciągu jednej nocy relacji z życia nieznanej osoby, która opowiada o nieznanych osobach w nieznanych okolicznościach… nie sposób zrozumieć. Nie znaczy to, że Piotr nie starał się. Długo po wyjeździe z Janowa rozważał na przykład, jak to Gosia rozstała się z mężem a jej synowi Pawłowi wciąż brakuje ojca. Pogrążony we współczuciu nie zwrócił nawet uwagi, że zarówno dziewczyna, jak i jej dziecko, noszą to samo nazwisko, co jej rodzice. Nie był też w stanie ogarnąć trudnych relacji sióstr, którym przyszło żyć pod tym samym dachem, choć tak różniły się charakterem, wyznawanymi wartościami i relacjami z krewnymi. To zresztą nie było ważne. Wystarczyła mu świadomość, że to dziewczyna dobra, choć tak strasznie skrzywdzona przez świat zewnętrzny i uganiającą się za mamoną siostrę.
Pomimo, iż za oknem wstawał świt, oboje zgodzili się, że trzeba się nieco przespać. Małgorzata, jak na polską gościnność przystało, gościowi pościeliła w dużym pokoju, sama kładąc się w dziecięcym. Wolny był, bo Pawełek nocował u dziadków.
Mieli spać do dziewiątej. Piotr wstał nawet nieco wcześniej. Krępujące nieco okoliczności w nowym miejscu nie pozwoliły mu zaspać zbyt długo. Starając się nie robić hałasu, przedarł się do łazienki, ubrał i… czekał. „No nie, zaspałem, może ona już wyszła” – pomyślał i zajrzał do małego pokoju. Na wprost drzwi stało szerokie łóżko. Niemal w całości przykryte kołdrą, spod której wyglądała tylko głowa i… cała lewa noga. Kołdra ujawniała na tyle dużo, że Piotr cofnął się bezszelestnie do przedpokoju. „Jeśli wejdę ją obudzić, to pomyśli, że wszedłem tu specjalnie aby sobie popatrzeć” – tknięty tymi obawami usiadł w fotelu i starał się ponownie zasnąć.
Z domu wyszli dopiero przed południem. Zaraz po wejściu na Brzeską Piotr po raz pierwszy zobaczył małego Pawełka. Chłopak, prawdziwe „żywe srebro z czupryną pokrytą loczkami, jechał właśnie ulicą na małym, białym rowerku i uradowany na widok matki zawrócił nagle aby się przywitać. W chwilę potem pognał dalej.

– Nie boisz się o niego? Pięć lat i tak gania sam po ulicy – Piotr był zaskoczony i zdegustowany. Lekceważąca odpowiedź Gosi wcale go nie uspokoiła. Sam wychował się w domu, gdzie takie zachowanie nie byłoby możliwe. Po chwili spacerkiem poszli dalej.

Starsza pani nie była wcale aż chora a już z pewnością nic nie zagrażało jej życiu. Tragiczna diagnoza znachora musiała być efektem jego pazerności i gry na emocjach w rodzaju „zapłaćcie, to ja ją ocalę”. Któż nie wyda ostatniego grosza aby ratować najbliższą osobę?
Gdy po zabiegu bioterapeutycznym, długim masażu i sutym obiedzie Piotr szedł do autobusu, towarzyszyła mu Małgorzata. Już przy drewnianej furtce oddzielające to, co prywatne od małego skwerku przed kościółkiem zagadnęła:

- To teraz powiedz mi, jak jest naprawdę.

Najwyraźniej sądziła, że jedynym celem prowadzonej w domu rozmowy było pocieszenie jej matki. Nie było łatwo przekonać ją, że jest inaczej, że jej matce nic nie zagraża.

- Wiesz, na zajęciach z bioterapii a później i masażu, mieliśmy cudownego wykładowcę, pana Aleksandra Wierzbińskiego. Mam nadzieję, że nie odmówi przyjęcia twojej mamy. Dam ci jego telefon – zadeklarował Piotr. Gdy dziewczyna wysłuchała długiej opowieści o szeregu zalet i cudownych właściwości mitycznego terapeuty, bez wahania zgodziła się na proponowany kontakt.
Kolejne tygodnie wypełnione codziennym życie sprawiły, że Piotr o Małgorzacie niemal zapomniał. Niełatwe relacje z narzeczoną, sprzeczki w domu i dyżury w przychodni w Nowym Dworze Mazowieckim całkowicie pochłaniały jego umysł. Zapomniałby pewnie całkowicie, gdyby nie to słabej jakości zdjęcie z podpisem „To ja z…”

Było już po połowie kwietnia, gdy Piotr otrzymał niespodziewany list z Janowa. Na odwrocie koperty nie było adresu, ale swego rodzaju podpis: „Gośka”. Nie wiedząc czemu dość energicznie rozerwał kopertę i zaczął czytać:

„Cześć Piotr, Pamiętasz mnie jeszcze? Byłeś u mojej mamy, w Janowie…” – jakże by miał nie pamiętać? Chociaż to z drugiej strony mało racjonalne: pacjentka jak pacjentka. Miał takich wiele, choć zazwyczaj to one do niego przyjeżdżały. Małgorzata opisywała dalej spotkanie z poleconym jej terapeutą z Warszawy, wyrażała nadzieję i wiarę w to, że jej ukochana mama jednak będzie żyła. Aleksandrem Wierzbińskim była zachwycona, jednak w ostatnim zdaniu pytała, czy to on, Piotr nie zechciałbym do niej jeszcze raz przyjechać! Jakże by miał nie chcieć?! Sam nie wiedział czemu, ale zaproszenie to straszliwie go ucieszyło. Zauważył to i sam starał się znaleźć na to jakieś usprawiedliwienie: „Musiałem pomóc, skoro mnie znów chce. To miłe” – pocieszał się. Jak każdy neofita, cenił sobie widoczne efekty niełatwej pracy.
Do dyżuru w przychodni jeszcze trochę czasu, zdąży iść na pocztę i zatelefonować. Tak, to dobra myśl, listy idą za długo… Cóż z tego, że myśl wydawała się przednia, skoro po tamtej stronie nikt słuchawki nie podniósł. Piotr musiał iść do pracy nie dodzwoniwszy się. No i za nic nie mógł zrozumieć czemu nie może skupić się na problemach tych pacjentów, których ma przed sobą? Czemu myśli wciąż uciekają 200 kilometrów dalej? Roztargnienie musiało być na tyle widoczne, że zwróciła na nie uwagę pracująca w tej samej przychodni pani Marzena: - Co pan dziś taki niepozbierany – zapytała bez ogródek. Nie było powodu ukrywać, opowiedział kobiecie wszystko – spotkanie, listy, zabiegi u starszej pani… - No to czemu Pan nie dzwoni z naszego telefonu – zapytała z pełnym zdziwieniem. Nie dzwonił, bo każde połączenie zamiejscowe sporo kosztowało, a on nie chciał prywatnej przychodni narażać na straty. Tym razem jednak nie dał się długo prosić. Tak, jak kilka miesięcy wcześniej, tam pod kolumną Zygmunta spotkał się z Małgorzatą osobiście i w chwilę później nie pamiętał nic z tego spotkania, tak i teraz, gdy odłożył słuchawkę wiedział tylko jedno – umówili się na spotkanie 1-go maja.

– Pani Marzeno, za trzy dni jadę do Janowa – wymamrotał odwracając się do kobiety.
- Tak, byłam tu cały czas – odpowiedziała uśmiechając się.
- Drugi i trzeci maj też mamy wolny, więc pewnie pan tam posiedzi…
- Nie… raczej nie. Tym razem jadę rano i zaraz tego samego dnia wracam – odparł zdecydowanie, choć przez głowę przebiegła mu myśl grzeszna, że może jednak zostanie do następnego dnia. Chwilę się nią rozkoszował aby jednak po namyśle odrzucić, jako całkiem niemożliwą do spełnienia.

Podróż, jak zaplanowano, rozpoczęła się rano i na szczęście nie zakończyła się przymarźnięciem do szyby samochodu. Dzień był słoneczny i nad wyraz ciepły. Małgorzata na swego gościa oczekiwała na pętli autobusowej, skąd bezpośrednio poszli do domu jej rodziców. Obiad, masaż, zabieg, chwila rozmowy i… ostatni autobus tego dnia odjechał. Jednak musi zostać do następnego dnia.
- Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – pocieszał się na głos Piotr, choć dręczyła go myśl, że w domu będą się o niego martwić rodzice, którym obiecał szybki powrót. Nie mieli telefonu, nie było jak poinformować o zmianie planów. – Dzięki temu jeszcze jutro zajmę się twoją mamą – dodał.

- Powiedz mi jak było z wizytą Aleksandra Wierzbińskiego?
Dziewczyna roześmiała się: - Przyjechał tylko dlatego, że nie wiedział, że to tak daleko. Myślał, że to ten Janów tuż pod Warszawą.
- Ale pomógł coś?
- Coś tam robił, choć ja nie wiem co. Powiedział, że ty możesz kontynuować. Ale najlepsze było na końcu. Gdy już wyszliśmy od mamy, coś mi zrobił nad głową… sam, nie prosiłam… nie wiem, co to było, ale ja przez trzy dni czułam się jak nowo narodzona. Ja patrzyłam na świat innymi oczyma. Byłam radosna, pełna optymizmu – Małgorzata opowiadała jak w transie.
- No i…?
- No nic, po trzech dniach skończyło się, wróciło stare… smutna rzeczywistość.

Tak rozmawiając doszli na domu na Moniuszki. Było jeszcze sporo czasu do wieczora, więc Małgorzata zaproponowało rowerową wyprawę nad Bug. Zgodził się. Pojechali we trójkę. „Wyglądamy jak szczęśliwa rodzina na pikniku” – pomyślał Piotr, który od dawna już marzył o małym, białym domku z żoną i dziećmi, szczególnie dziećmi. Żony mógłby nie mieć, ale wtedy skąd wziąć te dzieci? Już osiem lat minęło jak rozstał się z kimś, kto przysłaniał mu cały świat. Nie, nie była to dziewczyna, z którą planował założyć szczęśliwą rodzinę. To nie było możliwe. To ona jednak zaspokajała jego głód niańczenia i opiekowania się kimś. Przez kilka lat chronił ją przed robieniem głupstw, gdy miała się przewrócić, sam upadał, byle tylko ona nie nabiła sobie guza. Zasłaniał przed całym światem. Dziewczę wpatrzone w niego, jak w obrazek, on będący zawsze blisko. Nic więc dziwnego, że nieznajomi zaczęli uważać ich za narzeczonych. Narzeczonymi jednak nie byli i być nie mogli. Piotr wiedział, że kiedyś przyjdzie ten dzień, kiedy się rozstaną. Widział się wtedy w roli serdecznego przyjaciela, powiernika, może nawet niańki do jej dzieci. Stało się inaczej. Dziewczyna skuszona srebrnikami oczerniła go przed całym światem. Nagle, z godziny na godzinę odwróciły się sojusze a dotychczasowi wrogowie stali się jej nowymi sojusznikami w zwalczaniu dotychczasowego powiernika. Rozstanie musiało kiedyś przyjść, godził się z tą myślą. Więcej, czekał tego momentu, bo on był naturalną koleją rzeczy. Czemu jednak w ten sposób? Jak mogła? Gdzie sumienie? Gdzie serce? Gdzie prawda? Czy będąc przy niej pięć lat aż tak mógł się pomylić? Czy ktoś może się zmienić w ciągu jednego dnia, a może widział w niej tylko te cechy, które widzieć chciał?
Przyszło załamanie nerwowe, depresja, nieudana próba samobójcza i długie noce pełne łez i modlitwy. Modlitwy najpierw o śmierć rychłą a później o dar spełnienia marzeń. Marzenia były wielkie i odważne. W małym, skromnym domku krząta się uśmiechnięta żona. Pod oknem z firankami stoi stół a na nim jakiś półmisek. Za firanką, na parapecie znane z dzieciństwa kwiaty doniczkowe. Wokół biega czworo dzieci. Nie widział ich twarzy, prócz jednej – dziewczynki o imieniu Rozalia. Ona miała nie tylko wybrane imię, ale nawet „dopracowany” każdy szczegół wyglądu fizycznego. Co chwilę któreś podbiegało, coś zagadywało… uśmiechnięci, szczęśliwi.
Mijały lata, Bóg milczał. Nadzieja gasła. Nie tak dawno, po tragicznym trzęsieniu ziemi w Gruzji, głośno było o możliwej adopcji dzieci gruzińskich przez polskie rodziny. Niestety, Piotr jako kawaler nie miał na to szans. Już od kilku lat miał wymarzony obraz swego dziecka, wybrane imię. Tak bardzo go czekał, choć nie widząc szans, godził się nawet na wychowanie obcego, które i tak byłoby jego i tylko jego. Tak, teraz wiązał swą przyszłosć z Anką, ale... czy ona będzie mogła mieć dzieci? Małżeństwo bez dzieci byłoby tak puste....
Gdy Piotr z Małgorzatą wrócili tego wieczora do domu, historia niemal się powtórzyła: „rogówka” kuchenna, długie monologi, płacz, wspomnienia, upływające godziny. Wszystko byłoby powtórką minionej rozmowy sprzed kilku tygodni. Byłoby, gdyby nie jeden szczegół. Ten, o którym później obiecali sobie nigdy nikomu nie mówić.
Po północy już było, gdy przeszli do pokoju. Tuż przy drzwiach dwa wygodne fotele, pomiędzy nimi nakryta koronkowym bieżnikiem ława z wazonem ogrodowych, wiosennych kwiatów. Gdy z wieży dobiegły pierwsze dźwięki muzyki, Gosia wystawiła z barku wino i dwa stosowne kieliszki. Piotr wiedział, że nie ma wielkiej praktyki w piciu alkoholu, ale w tych warunkach nie wypadało odmówić… Już po pierwszym kieliszku miał ochotę zaproponować Małgorzacie masaż. Po drugim zdecydował się propozycję wypowiedzieć. Zgodziła się bez wahania. Niemal całą podłogę wyściełał szary dywan przypominający skórę ściągniętą z wielkiego barana. Nie było stołu do masażu, więc to na nim Gosia rozpostarła koc i ułożyła się w oczekiwaniu na pierwszy dotyk rąk Piotra. On bardzo starał się zachować resztki profesjonalizmu, ale ta leżąca na podłodze, zgrabna, naga dziewczyna… Niejedną już miał na stole, nie jeden raz w duszy żartował z ceregieli, jakie czynią wstydzące się rozebrać dorastające panny podczas gdy dla niego, jak mawiał, to tylko „kawałek mięsa”. Tak było zawsze aż do dziś. Teraz ta „rodzinna” wyprawa na łąki a szczególnie szumiący nieźle w głowie alkohol nie pozwalały nie dostrzegać kuszącego ciała. Zmusił się jednak do opanowania. Podszedł, ukląkł nad leżącą postacią. Nalał ciepłej oliwki na dłonie, roztarł i zaczął delikatnie rozprowadzać po plecach. Zaczynając od kości ogonowej, powoli, wzdłuż kręgosłupa aż po szyję… Kolejny ruch na tej samej „trasie” ale już bardziej na boki i tak aż całe plecy pokryły się śliską, ciepłą cieczą. Teraz można było już mocnej. Najpierw okrężne uciski na górze pośladków, potem półkola nad miednicą i znów wzdłuż kręgosłupa. Tym razem mocniej i mocniej… Po dwudziestu minutach, na koniec, jak uczył Alek Wierzbiński, delikatne głaskanie. W tej samej kolejności: najpierw tuż przy kręgosłupie, później coraz dalej na boki aż za którymś razem ręce uniosły się na przyciśniętych do podłogi piersiach. Małgorzata cicho westchnęła a Piotr poczuł, jak jej ciało uniosło się nieznacznie do góry robiąc masażyście więcej miejsca…

- Jak nas widzisz – zapytała Małgorzata, gdy już mieli zasnąć. Piotra to pytanie całkiem zaskoczyło. Owszem, dziewczyna podobała mu się bardzo, ale w ogóle nie sądził, że ma jakieś u niej szanse. Ot, stało się, alkohol zrobił swoje, narzeczona nigdy się o tym nie dowie… będzie co wspominać w samotności. „Jak nas widzisz?” – skoro jednak to pytanie padło, z miejsca zadeklarował tzw. „poważne zamiary”.
- Ale musisz najpierw rozwiązać sprawę z Anią – przypomniała Piotrowi jego narzeczoną.
- Jasne – odparł udając sennego. Z jednej strony nie był to wielki problem, bowiem relacje Piotra z Anną od jakiegoś czasu były bardzo napięte. Już kilka razy się rozstawali ale za każdym razem znów do siebie wracali. Różniło ich wszystko a łączyła chyba tylko chęć założenia rodziny. Ona, córka oficera milicji, marząca o karierze sędziego, patrząca na swego przyszłego męża nieco z góry i on, działacz podziemia antykomunistycznego, patrzący na nią całkiem z góry. Wiedział, że ten związek jest całkowicie wbrew rozsądkowi, chciał uciec od niej jak najdalej. Z drugiej jednak strony nie potrafił ostatecznie zerwać. Dziewczyna była inwalidką po przebyciu serii skomplikowanych operacji kręgosłupa i widocznie utykała. Nie był to wielki problem, ale miała z tego powodu ogromne kompleksy. Piotr nie miał odwagi powiedzieć jej o ostatecznym rozstaniu, gdyż każda trudna rozmowa kończyła się płaczem i samokrytyką: „Bo ja jestem brzydka”, „bo ja jestem kaleką”… Nie, jemu nie przeszkadzało kalectwo. Dusił się więc w tym związku ale nie miał siły go zdecydowanie przerwać. Teraz ta siła leżała obok niego. Nagle poczuł jak rosną skrzydła, jak przyszłość staje się jaśniejsza niż mógł przypuszczać. Już wtedy, tej niezapomnianej nocy z 1 na 2 maja 1996 roku, po tym, gdy usłyszał „jak nas widzisz”, wiedział że ta oto dziewczyna będzie jego żoną, będzie tą, z którą przyjdzie mu spędzić każdą następną chwilę życia.

Nagle zapomniał, że w życiu czekał głównie na dziecko, to wyśnione, wymarzone, opracowane w myślach w każdym szczególe. Teraz już widział się w roli nie tylko ojca ale i męża. Nie, po kilkunastogodzinnej znajomości nie zdążył się zakochać. Żadnego znaczenia nie miało też to, co stało się tej nocy. Po prostu w życiu czuł się nieszczęśliwy, zdradzony, skrzywdzony. Sam zaś ciągle szukał bliskości, ciepła czy wreszcie wspólnoty celów i wartości. I nagle wszystko to zobaczył w Gosi i poczuł, jak bardzo jest mu bliska. To ona będzie tą, z którą spocznie we wspólnym grobie po tym, jak wspólnie stawią czoła całemu światu, wychowają wspaniałe dzieci i razem się zestarzeją.
Piotr do domu powrócił dopiero w piątek 3 maja a już na następną sobotę umówił się z Anną. Plan miał prosty: Wykorzysta pierwszą okazję, aby ostatecznie zerwać ten od dawna męczący go związek. Nie musiał kombinować, wiedział, że okazja pojawi się bardzo szybko. Oto zajedzie, zaczną rozmowę, Ania zakpi sobie z jego stylu życia czy poglądów, dojdzie do sprzeczki a ta skończy się definitywnym rozstaniem.
Dzień był słoneczny i wyjątkowo piękny. Anna jak zawsze na dworcu kolejowym przywitała ukochanego radosnym uśmiechem i serdecznym uściskiem. – Wiesz, mam dla ciebie niespodziankę – zagadnęła z zalotnym uśmiechem. – Zaraz po obiedzie jedziemy do Krakowa – wyjawiła. Sytuacja się komplikowała. Nie brał pod uwagę wspólnego wyjazdu, kolejnych godzin wspólnie spędzonych. Czuł się jak przestępca planujący niecny czyn i nadal wykorzystujący przyszłą ofiarę.
Anna miała bardzo sympatycznych rodziców. Ojciec Ryszard, mimo pewnych cech nabytych w aparacie represji PRL, w domu starał się zachowywać swobodnie i ciepło. W jego obejściu czuć było nawet pewne cechy dostojeństwa. Matka była zaś kobietą spełniającą typową rolę matki i żony. Goszcząc kandydata na męża swej córki nie umiała ukryć troski o przyszły los jedynaczki. Oboje bardzo uprzejmi, nie narzucający się, dyskretni. Korzystali z każdej okazji aby młodych zostawić samych z nieukrywaną nadzieją na rychłe wesele.

- Jedz szybciej, bo musimy już jechać – poganiała Anna.
- Aniu, co ty wymyśliłaś?
- Powiedziałam ci – niespodzianka.

Nie było sensu dalej pytać. Piotr wiedział, że zawsze musiała na swoim postawić. To była jedna z tych rzeczy, która nie pozwalała spokojnie myśleć o przyszłości. Tu można było zacząć sprzeczkę ale jak kłócić się o niespodziankę? Wsiadł więc posłusznie do „malucha” i pozwolił się wieść w nieznane. Jechali dość szybko, chociaż Anna, jak na prawniczkę przystało, przepisów nie łamała. Jeśli nawet na prostej, odludnej drodze zobaczyła znak „Stop”, to naturalnie musiała się zatrzymać. Piotr podziwiał ją za tak sprawną jazdę tym samochodem. Auto to było dostosowane do wymagań niepełnosprawnego kierowcy. Wszystkie funkcje, które zazwyczaj obsługują stopy, przeniesione zostały w okolice kierownicy tak, że do jazdy sprawne dłonie w zupełności wystarczały.

- Aniu, gdzie my jedziemy – zapytał nieśmiało, gdy zauważył, że zjechali z trasy wiodącej na Kraków.
- Mówiłam o niespodziance, ale są dwie niespodzianki.

Zapewne z niespodzianki powinien się ucieszyć, ale tym razem jakoś nie mógł zmusić się do radości. Niespodzianki były tu raczej niemiłymi niespodziankami nawet wbrew woli tej dziewczyny, która starała się miło zorganizować im czas. Wszak ich spotkanie miało być krótkie i zakończyć się ostatecznym rozstaniem. Tymczasem jechali gdzieś w nieznane rozmawiając o planach na przyszłość, na wspólne, długie i szczęśliwe życie. Piotr czuł, że postępowanie takie godne jest najwyższej pogardy. Co jest gorsze – robienie teraz niepotrzebnych złudzeń chorej dziewczynie, czy powiedzenie jej prawdy, której ona nie jest w stanie przyjąć i odpowiednio zinterpretować? Nie znał odpowiedzi na to pytanie, więc brnął w tę grę, która wydawało mu bardziej humanitarna.
Po jakimś czasie wjechali na teren niewielkiego, podgórskiego miasteczka. Samochód zatrzymał się pod bramą okazałego budynku, Anna wyłączyła silnik. Byli zatem u celu. „Do kogo ona znów mnie zaciągnęła?” zastanawiał się Piotr, który nie przepadał za spotkaniami z nieznajomymi. Nic jednak nie powiedział i posłusznie dał się wprowadzić na podwórko. Jego towarzyszka nie zadzwoniła do drzwi, za to wyciągnęła z torebki klucze i otworzyła drzwi jak własne.

- Czyje to?
- Mojego ojca – odpowiedziała. – To taki domek letniskowy w górach, z dala od miasta. Tata planuje tu się z mamą przeprowadzić a nam zostawią mieszkanie w mieście.
- Nie sądzisz, że i ja mam coś tu do powiedzenia?
- No, ale o czym tu dyskutować? Przecież ja będę tu pracować. Nie możemy mieszkać w Warszawie.

W tej wymianie zdań Anna nie widziała nic nadzwyczajnego. Ona przecież wszystko już przemyślała, zaplanowała. Zaplanowała zapewne razem ze swym ojcem, któremu od zawsze, jako jedynaczka przysłaniała cały świat. Obecna wizyta w „domku” też musiała być inicjatywą ojca, który chciał pokazać przyszłemu zięciowi, że ten nie musi już się martwić o przyszłość, bowiem po ślubie z jego córką, oboje będą mieli gdzie mieszkać. Te domysły Piotra potwierdzał cały przebieg ich wizyty w tym budynku. Po wejściu do środka Anna przypomniała towarzyszącemu jej barbarzyńcy, że powinien zdjąć buty, potem oprowadziła po pokojach, szczegółowo omówiła całe wyposażenie i… - No dobrze, chciałam ci tylko pokazać ten dom, a teraz musimy już jechać do Krakowa – oświadczyła.

Nie było sensu ani potrzeby dyskutowania. Tu, w jakimś miasteczku, którego nawet nazwy nie znał, na krańcu państwa nie miał ochoty zostać sam na środku ulicy. No i Ania, która tak się cieszyła wspominając o czekającej go „niespodziance”…. Nie, nie miał serca jej teraz skrzywdzić.
Gdy dojechali, robiło się już późne popołudnie. Jednak okazało się, że na obiecaną „niespodziankę” jest jeszcze zbyt wcześnie. Piotr już domyślił się jej treści. Byli tu już wcześniej, jesienią. Tak, gdyby nie te okoliczności, to z niespodzianki można byłoby się ucieszyć. Oboje uwielbiali patrzeć na Kraków z wysokości, poczuć wiatr we włosach i tę nie zastąpioną nutkę ryzyka. Niestety, na dziś nie był to dobry pomysł.

– Chodź, coś ci pokażę – Anna pociągnęła narzeczonego za rękę i poprowadziła w stronę czegoś, co mogło przypominać opuszczony park na zboczu jakiegoś wzniesienia. Naokoło liczne drzewa, równo przycięta trawa, w oddali tylko majaczące nitka Wisły. Nikt i nic nie zakłócało spokoju.
- Podoba ci się?
- Przyjemnie tu.
- Widzisz to drzewo – Anna wskazała głową na stojącą nieopodal lipę.
- No i?…. - Byłam tu kiedyś z moim dawnym chłopakiem. Właśnie pod tą lipą… no wiesz…
- …..
- No chodź, chcę to powtórzyć… - nalegała jednoznacznie.
- Nie Aniu, to jest chore. Będziesz musiała swego byłego poprosić o pomoc.
- Nie wygłupiaj się. Wiesz, że to dawno skończone a ja chcę z tobą. Tak w ogóle to musimy porozmawiać o tych sprawach.
- A czegoś nam brakuje?
- Teraz nie. Jest cudownie, ale wiesz, ja jestem chora a każdy facet do starości ma te potrzeby.
- Aniu, to nie jest najważniejsze w życiu!
- Chcę żebyś wiedział, że jak ja nie będę mogła, to chciałabym tylko, abyś mnie kochał, a nie będę miała pretensji, jeśli ty…
- Co ty opowiadasz – Piotr zaczynał się czuć bardzo nieswoją. Nie umiał i nie chciał rozmawiać na takie tematy nie mówiąc już o wypowiedzianych sugestiach. To, co Anna powiedziała dotychczas było mimo wszystko niczym w porównaniu z tym, co dopiero chciała powiedzieć. – Ja nawet chętnie zapłacę jakiejś kobiecie, żebyś tylko był zadowolony – zadeklarowała.

Piotr cofnął się o krok. Chciał dobrze widzieć twarz dziewczyny. Nie był pewien, czy to jakaś głupia godzina próby, żart może czy też…. Anna coś jeszcze mówiła z rozpędu aby dopiero po chwili zauważyć, że na próżno czeka na oznaki radości i pochwały. Tak się stara, chce być dla niego dobra, oferuje to, na co żadna kobieta by się nie zgodziła a jemu nie pasuje! – To czego ty chcesz?! – wypaliła ze złością.

- Aniu, to jest chore – powtórzył. – Widzisz, ja cię kocham, ale sama miłość chyba nie wystarczy aby dobrze przeżyć życie. Jesteśmy z różnych światów, mamy inne wartości, inne cele. My nie pasujemy do siebie. Myślę, że lepiej zauważyć to teraz, niż później. Ciągle są jakieś sprzeczki, nieporozumienia. Tobie nie podoba się moje zachowanie, ja nie zgadzam się często z twoim. To, co teraz wymyśliłaś to stawia nas na przeciwstawnych biegunach – nie odpuszczał Piotr. – Cieszysz się z tego, co wymyśliłaś, uważasz za wielkie poświęcenie, za dowód miłości, inwestycję w nasze wspólne życie a dla mnie jest to coś skrajnie niewiarygodnego, coś, co uniemożliwia nam wspólne życie.

- Piotr! Co Tobie?! Co takiego złego powiedziałam czy zrobiłam?! O co tobie chodzi?
- Aniu, nie zauważyłaś, że sprowadziłaś mnie do roli zwierzęcia? Muszę ci coś powiedzieć, nie jeden już raz nachodziła mnie myśl, że dla nas nie ma przyszłości – wyznał ruszając powoli w stronę dróżki. Gdy zobaczył, że dziewczyna idzie za nim, wyjaśnił: - Wierzę, że są takie zachowania, który wypływają z głębi nas samych, pochodzą po prostu z wychowania, tego jakie wpojono nam wartości, poglądy. Kocham cię i wierzę, że ze wzajemnością, ale to nam nie wystarczy, pozabijalibyśmy się. Aniu, to nie ma sensu. W którą stronę mam iść na stację?
- To koniec???
- Raczej… - nie miał odwagi powiedzieć tego dobitniej. Nigdy w życiu nie przypuszczał, że kiedyś on będzie sprawcą rozstania.
- Zrobimy tak: Odwiozę cię na stację, pojedziesz do domu, uspokoisz się…., wszystko będzie dobrze – Anna już miała nowy plan, więc gdy dojechali na parking przed stacją, wysiadła z samochodu niemal całkiem rozluźniona. – No idź już sam. Teraz potrzebna ci samotność. Jak zatęsknisz, to dzwoń do mnie.

Dziewczyna nie doczekała się potwierdzenia. Zadowoliła się więc brakiem zaprzeczenia i po serdecznym uścisku z Piotrem, odjechała.

- Cześć Gosiu – Piotr wyszeptał do słuchawki, gdy tylko dopadł do pierwszej, czynnej budki telefonicznej. – Jestem już po trudnej rozmowie z Anną. Nie było to łatwe, ale sprawa zamknięta.
- No ale co jej powiedziałeś? Wie o mnie?
- Nie, nie musiałem jej mówić. Dziś nasz związek zakończyłby się nawet wtedy, jakby ciebie nie było. Nie masz z tym nic wspólnego. Nie chcę nigdy o tym rozmawiać. Skończyło się.

Rzeczywiście, Piotrowi wydawało się, że wszystko się skończyło. Szokujące słowa, jakich nigdy, nawet po Annie się nie spodziewał, wciąż brzmiały mu w uszach. Z drugiej zaś strony stały się znakomitą okazją do rozstania w okolicznościach, których nie sposób było powiązać z kalectwem dziewczyny. Mimo wszystko czuł się wolny, ale przede wszystkim szczęśliwy i niezwykle podekscytowany. Myślami był już z Gosią i Pawełkiem. Musi się im udać, bo przecież kto to słyszał, planować ślub po trzech dniach znajomości? To musiało być przeznaczenie i wola Niebios. Fakt, spotkali się kiedyś tam… ale jakie to miało znaczenie, skoro praktycznie nawet tego dnia nie pamiętał? Teraz wystarczyły godziny poświęcone na wysłuchanie Małgorzaty, aby nie tylko przyznać jej we wszystkim rację, ale zdecydować się na wspólne życie. Nie miał najmniejszych wątpliwości, że opowiadając swoje przygody rok po roku, Małgorzata była szczera. Mówiła tak z głębi serca, tak logicznie, tak przejmująco… „Ona jest głęboko zraniona a przy tym bardzo uczuciowa” – myślał i myśl ta utwierdzała go tylko w przekonaniu, że oto znalazł najlepszą kandydatkę na żonę i matkę swych dzieci.
Dalsze wydarzenia potoczyły się w tempie niespotykanym. Zaraz po powrocie do domu Piotr rozpoczął proces oswajania rodziny z Małgorzatą: częste rozmowy na jej temat, wspominanie o niej przy każdej okazji czy nawet jej braku. Najbardziej obawiał się reakcji swej matki na wiadomość, że Małgorzata ma już pięcioletniego syna. Fakt, wiedział na ten temat więcej niż ktokolwiek inny na świecie, ale nie odważył się na tym etapie na wyznania. Na chwilę obecną musiała wystarczyć wersja, jaką Małgorzata opracowała na użytek swojej rodziny: Pracując w Warszawie, została zgwałcona przez nieznanego mężczyznę, wersja, która dla wielu była jedyną do przyjęcia.

Ku swemu zaskoczeniu zauważył, że matka wieść o nowej dziewczynie przyjęła z wielką ulgą i radością. Nie przeszkadzało jej nieślubne dziecko.

- Skoro nie zabiła, urodziła i wychowuje, to musi być porządna dziewczyna – skwitowała krótko.

W tym momencie Piotrowi nic więcej do szczęścia potrzebne nie było. Tak szybko rozwiały się wszelkie obawy, jakie miał przez małżeństwem z Anką, stanął przed perspektywą życia z kobietą, z którą tak dobrze się rozumiał, która przyjmuje go takim, jakim jest. I wreszcie najważniejsze – ma syna!

Rozpoczął się okres częstych podróży i snucia planów na najbliższe tygodnie czy miesiące. Pierwsza wizyta Gosi w Legionowie obojgu zapadła na zawsze w pamięci. Dla niego miał to być dzień przełomowy. Oto do jego domu, do jego rodziny przyjeżdża jego przyszła żona. Dzień wyjątkowy, dzień szczególny i radość z tego dnia musieli podzielać wszyscy a już z pewnością Czarek, który dotychczas dla Piotra był namiastką własnego dziecka. Skoro dla niego Czarek jest kimś wyjątkowym, to musi tak być i dla Gosi. To było tak oczywiste, że nawet nie podlegało chwili namysłu. W małżeństwie przecież ważne jest, aby podzielać emocje drugiej osoby. Już na trzy dni wcześniej Piotr ogłosił siostrze, że jadąc do Warszawy po Gosię, zabierze ze sobą jej syna.

Na warszawski dworzec dotarli bez przeszkód i naturalnie dużo przed czasem. I to „przed czasem” okazało się poważnym problemem.

- Siku – zażądał nagle dwulatek głosem nie pozostawiającym złudzeń. Autobus z Janowa powinien już być. Na stanowiskach mrowie ludzi cisnących się w każdym kierunku i perspektywa stania w kolejce do ubikacji. „Nie ma głupich” – pomyślał Piotr i pociągnąć chłopaka w stronę pobliskich krzaków.

- Czaruś, sikaj szybko – polecił. Czaruś wykonał polecenie dość sprawnie, ale gdy wrócili, autobus naturalnie już przyjechał i okazało się, że to nie on czekał na Gosię, tylko ona na niego. No trudno. Przywitali się serdecznie i poprowadzili w stronę autobusu miejskiego.
Kolejna wizyta Gosi w Legionowie też utkwiła Piotrowi w pamięci, tyle że z całkiem innego powodu. Dziewczyna wiedząc, że jej przyszła teściowa cierpi na chorobę zwyrodnieniową, przygotowała dwie duże butelki wody żywej i martwej i chciała obdarować tym kobietę.

- Zobacz, potłukło mi się – wskazała zrozpaczona na mokrą torbę a Piotr poczuł, jak ta dziewczyna zajmuje w tym momencie coraz więcej miejsca w jego sercu. Tak, nie pomylił się. Nigdy nie szukał ideału a znalazł go! Czy można chcieć czegoś więcej niż sympatii między matką a żoną? Przecież to recepta na zgodne życie.
Kolejne spotkanie miało szczególny charakter. Piotr zajechał do Janowa z misją specjalną. Dokładnie zaplanował ten dzień, a właściwie wieczór. Miał być niezapomniany, szczególny, taki jedyny w swoim rodzaju. Gdy późnym wieczorem, już po zabiegach u Marianny Andrzejuk usiedli wspólnie w fotelach, Piotr poprosił o kieliszki do szampana. Wiedział, że Gosia go lubi. Przy przyciemnionym świetle lampy podał dziewczynie jeden z nich napełniony alkoholem. Pili powoli ciągle o czymś rozmawiając. On jednak nie przestawał jej bacznie obserwować. W pewnej chwili dostrzegł, że Małgorzata coś zauważyła w swoim szkle. Gdy wydostawała to coś widelczykiem, ukląkł przed nią i zadał sakramentalne pytanie: „Gosiu, zostaniesz moją żoną?” Zapewne spodziewała się, że kiedyś to pytanie padnie, ale teraz, w tym momencie jej pełne zaskoczenie było niekłamane. Trzymając już w palcach złoty pierścionek popatrzyła na Piotra i z całą powagą w głosie odpowiedziała zdecydowanie: „tak, zostanę twoją żoną”. A on, choć też był pewien odpowiedzi znów poczuł, że właśnie stał się kolejny cud w jego życiu.
Nadchodzący ranek był pierwszym w historii ich narzeczeństwa. Dla Piotra było to przedziwne z innego też powodu. W rzeczywistości jeszcze miesiąc temu miał już narzeczoną, miał wyznaczoną datę ślubu… O dziwo, jakże inne to było uczucie od tego, którego doświadczał w tym momencie. Tym razem szczęście było pełne, nie zmącone żadną obawą, żadnym lękiem. Po prostu frunął do nieba.

- Wiesz o czym myślałam w nocy? – zapytała Gosia po przebudzeniu.
- O nas?
- Skąd wiesz? – zaśmiała się szczerze. – Ale tak konkretnie już, no wiesz…
- No właśnie nie wiem – droczył się z nią narzeczony.
- No bo, jeśli mamy się pobrać, to musimy zrobić to bardzo szybko.
- Ja mogę nawet dzisiaj!
- Oj, nie żartuj, ja mówię poważnie. Bo widzisz, mi się wkrótce skończy urlop wychowawczy i muszę wracać do pracy w Warszawie. Gdybyśmy byli już po ślubie, moglibyśmy wynająć mieszkanie gdzieś blisko.
- Doskonale, ale musisz o czymś wiedzieć – Piotr zdradził Gosi, że już rozmawiał ze swoją mamą o takiej sytuacji i otrzymał propozycję, aby czasowo zamieszkali razem z nimi w Legionowie. Owszem, będzie ciasno, bo dla ich trojga można było przeznaczyć tylko jeden, niewielki pokoik. To jednak byłaby sytuacja przejściowa, która by pozwoliła zaoszczędzić nieco pieniędzy.. Po krótkiej rozmowie oboje zgodzili się, że można tę propozycję na początek przyjąć.
Od tego poranka przygotowania do ślubu, wesela i rozmowy o przyszłości wypełniały im cały czas.

- Gosiu, musimy jakoś przestawić Pawła…
- Z czym?
- Wolałbym, aby syn nie mówił do mnie dłużej na „pan”, no i chciałbym pojawić się w jego akcie urodzenia.
- No to trzeba będzie zacząć go przestawiać – rzuciła z uśmiechem. Nie było z tym problemu. Już następnego dnia Piotr usłyszał po raz pierwszy w życiu, gdy dziecko woła do niego „tato”. Kolejne marzenie się spełniło.

Do wieczora zdołali jeszcze uzgodnić, że zaręczyny trzeba będzie oficjalnie powtórzyć przy rodzinie, ustalić datę ślubu a nawet omówili kolor garnituru przyszłego pana młodego. Oboje żyli wizją szczęśliwej przyszłości.

***

- Pani Marzeno, będzie Pani zaproszona na ślub – Piotr obwieścił zaraz po wejściu do Lecznicy „Pod Dębami”.
- A kiedy planujecie?
- A skąd pani wiedziała, że mój ślub?
- To od dawna było czuć – roześmiała się. – Kiedy?
- Koniec sierpnia.
- To zobaczymy, ale chyba będę na wczasach wtedy. No niestety…

Piotr nie był pocieszony, bo wtedy chciał świat cały zaprosić, aby każdy cieszył się jego szczęściem. To nie mogło ominąć także pani Marzenki, z którą pracował już tak długo. Co poradzić… Dobrze, że choć Jacek się nie miga i już w drodze obiecał, że jeśli dojdzie do ślubu, to on na pewno będzie obecny. Tego dnia przyjechał w Lecznicy razem z Piotrem. Miał to być kolejny dzień jego praktyk jako uzdrowiciela. Właśnie na godzinę dziesiątą umówiony była jakaś kobieta z dzieckiem. Trzeba było więc pośpiesznie przygotować gabinet, przebrać się i udawać skupionych na problemach pacjenta.
Kobieta przyszła niemal punktualnie, ale dziecko okazało się rosłym szesnastolatkiem, który miał problemy z ciągłymi bólami głowy. Liczne terapie przez lekarzy wszelkich specjalności nie dawały żadnych efektów, więc kobieta zdecydowała się chwycić ostatniej deski ratunku i przyprowadziła syna do uzdrowiciela.
- Proszę, niech pani usiądzie na kozetce, a ty stań tu na środku – polecił bioterapeuta chłopakowi i rozpoczął typowe dla swej profesji badanie. Nagle, tknięty jakąś niecodzienną, niedorzeczną myślą, którą teoretycznie winien natychmiast odrzucić, poprosił Jacka o zbadanie pacjenta. Ten, jak na praktykanta przystało, zrobił to, o co był proszony. Po chwili zaledwie, odskoczył od niego, dając koledze znak, że ma mu coś do powiedzenia.

- Parafrenia. Parafrenia albo… - wyszeptał.

Piotr czuł, że blednie. Nie konsultowali się ze sobą, nie było żadnych racjonalnych przesłanek do takiej diagnozy, nigdy wcześniej nie mieli takiego pacjenta i… Jacek nie dokończył, ale Piotr domyślił się, co chciał powiedzieć. Tak, to nie była parafrenia, to było…
Matka chłopaka zauważyła, że w gabinecie zaszło coś szczególnego.

- Można mu jakoś pomóc? – dopytywała się chcąc utrzymać resztki nadziei.
- Proszę pani, ja będę leczył pani syna, ale pod jednym warunkiem.
- Tak…?
- Proszę teraz wyjść, iść z synem do kościoła, poprosić xiędza o spowiedź dla syna i Komunię św. A następnie wrócić do nas.
Matka nawet nie okazała zdziwienia. Obiecała solennie zrobić to, o co była proszona. Wyszli i… nie wrócili.

- Musiałeś ją przestraszyć xiędzem? – Jacek nie krył oburzenia.
- A co miałem zrobić? Musiałem.
Obaj byli pewni, że kobieta doszła do wniosku, iż nie warto tracić pieniędzy na szarlatanów i nigdy nie wróci. Mylili się. Powróciła, ale dopiero po kilku tygodniach. Za to tego samego jeszcze dnia kolejną porcję emocji zapewniła im obu kobieta z kwiaciarni pana Kuleszy.

- Panie Piotrze, jak to jest z tą bioterapią? – zagadnęła. – Żeby był efekt, to trzeba w to wierzyć?
- Szczerze? Ja nie wiem, jak to jest. Wiem jednak, że działa i wiara w efekt ma niewielkie znaczenie. Kiedyś leczyłem psa. Mało prawdopodobne, aby pies wierzył w efekt moich zabiegów a jednak został uleczony.
- Bo widzi pan, mój mąż nie wierzy w te rzeczy a on ma czkawkę…
- Czkawkę? – Piotr mało dyplomatycznie parsknął śmiechem. – Niech wstrzyma powietrze na chwilę albo proszę chłopa dobrze przestraszyć.
- Tak, ale on ma ją od miesiąca!
- Od miesiąca? Nie słyszałem o czymś takim.
- Ja też kiedyś bym nie uwierzyła, ale on czka i czka…
- Niech go pani przyprowadzi.
- On nie przyjdzie. Dziad uparty jest jak osioł.
- A ma pani jego zdjęcie?

Kobiecina pogrzebała w portfelu i wyciągnęła stare zdjęcie legitymacyjne męża. Bioterapeuta położył je na ladzie. Nigdy wcześniej nie pracował ze zdjęciem. Więcej, nie bardzo wierzył w opowieści, że w ten sposób można kogokolwiek uleczyć. Tu jednak nie było wyboru. Całym sobą wyobraził sobie, że oto tu przed nim stoi żywy, prawdziwy człowiek. Po chwili wodzenia dłonią nad fotografią czuł już całe jego ciało, wiedział, gdzie tkwi problem, wiedział, jak go usunąć. Gdy skończył, tamta świadomość umknęła jak sen, pozostało mgliste wspomnienie.

- No dobrze, zobaczymy co z tego będzie. Proszę iść do męża i poobserwować, czy dalej mu się czka – polecił kwiaciarce bez większego przekonania.

Obaj z Jackiej nie zdążyli dobrze obśmiać całego zdarzenia, gdy starsza pani była z powrotem.

- Panie Piotrze, panie Piotrze, niech pan sobie wyobrazi, że przeszło mu!
- no i co? Uwierzył?
- A gdzież tam. Głupi dziad powiedział, że to przypadek!

Dla „głupiego dziada” mógł to być przypadek, ale w obejściu był jeszcze jeden niedowiarek – pan Kulesza, mąż dr. Danuty. Ten, gdy tylko dowiedział się o incydencie, dostojnym krokiem wszedł do Lecznicy i zagadnął:

- Mówią, że hipnozą można z alkoholizmu człowieka wyleczyć.
- Ano można.
- I podobno pan potrafi tak człowieka zahipnotyzować, że on nie pamięta nic…
- Tak, zazwyczaj jest to możliwe.
- Ja to mam taki twardy charakter, że to byłoby niemożliwe – przekomarzał się.

Piotr lubił wyzwania i niejednokrotnie dawał się podpuszczać,. Nic więc dziwnego, że i tym razem z miejsca zaproponował:

- Proszę, niech pan się położy na kozetce.
- I co, wyleczy mnie pan z papierosów – pokpiwał sobie starszy pan.
- Może…

Gdy nieoczekiwany pacjent już się ułożył a jego żona oraz pani Marzenka i Jacek wyciągali z ciekawości szyje, terapeuta zaczął monotonnie: „ Leży pan wygodnie na łóżku. Całe pana ciało odpoczywa, rozluźnia się… Jest panu ciepło i przyjemnie. Pana stopy… czuje pan jak odpływa z nich zmęczenie, jak się odprężają…”
Po dłuższej chwili, aby upewnić się w jakim stanie jest pacjent zasugerował: „leży pan teraz na zielonej łące. Pod plecami nagrzana słońcem trawa a z góry dochodzi monotonny szum drzew. Jest tak przyjemnie. I gdyby nie ta uparta mucha. Ona ciągle lata koło twarzy. Proszę ją przegonić.”
Ponieważ pacjent nie wykonał żadnego ruchu, prowadzący go pogodził się z porażką i postanowił zakończyć eksperyment: „A teraz będę liczył od jednego do dziesięciu. Jak skończę, będzie pan obudzony. Proszę wtedy zacisnąć mocno pięści i wstać. Jeden, dwa…” Gdy skończył, pan Kulesza usiadł na łóżku i z tryumfująca miną oświadczył:

- A nie mówiłem? Mnie nie da się zahipnotyzować. Poleżałem sobie chociaż wygodnie. No, prawie wygodnie, bo jakaś mucha mi ciągle koło nosa latała… - chciał się pożalić i nie mógł zrozumieć, czemu nagle wszyscy parsknęli śmiechem.
- No co?

Jakąkolwiek odpowiedź przerwał dzwonek telefonu. Pani Marzenka odezwała się po chwili nieśmiertelnym zwrotem: - Panie Piotrze, do pana.
Gdy odszedł do telefonu, wszyscy inni też, jak na zaproszenie, przesunęli się z gabinetu do zielarni.

- Słucham.
- Dzień dobry panu, tu Agnieszka – dało się słyszeć męski głos.
- Dzień dobry pani. Widziałem te żyrafy. Były bardzo ładne.
- O dziękuję. Obiekt sprawdzony. Nie mamy zastrzeżeń, ale rodzina bardzo nieciekawa. Proszę przemyśleć, ale decyzja jest panu zostawiona.
- Bardzo dziękuję, do widzenia.

Na czas tej rozmowy oczywiście umilkły wszelkie inne pogawędki i nawet nikt z nieszczęsnego pacjenta już nie żartował. Wszyscy musieli zastanawiać się, co ta dzwoniąca miała taki męski głos bo choć z pewnością samych słów nie dosłyszeli, to jednak po głosie musieli rozpoznać, że to nie była kobieta. Jedynie Jacek, gdy wracali pociągiem do Legionowa dał upust swej ciekawości i pozostał niezadowolony nie usłyszawszy odpowiedzi.
Piotr w ogóle nie był rozmowny tego wieczora. Słowa usłyszane przez telefon wciąż brzmiały mu w uszach. „Nieciekawa rodzina” – co to mogło znaczyć? Tego dnia nie mógł znaleźć odpowiedzi na to pytanie. Choć ciągle wracało mu na myśl, starał się skupić na normalnych planach. Od ostatniego przyjazdu z Janowa nie miał nawet okazji porozmawiać z matką a przecież tyle się wydarzyło i tyle było do omówienia. - Mama, przyszła by mamusia do mnie na chwilę – poprosił matkę, gdy tylko coś zjadł.
- Nie teraz. Jak Ula wróci, to Czarusia weźmie – usłyszał od matki niańczącej swego wnuka. Musiał zatem czekać a tak bardzo chciał to mieć za sobą. Do rozmowy nie doszło tak szybko. Urszula nie wracała a gdy już się pojawiła, miała tyle spraw do omówienia, że przed wieczornym filmem, który wszyscy musieli obejrzeć, nie było czasu do stracenia na rozmowę z synem.

- Czy Ula już wróciła, aby mamusia mogła poświęcić mi kilka minut? – zapytał ponownie po dwóch dniach.
- Skąd miała wrócić? – zapytała z nieudawanym zdziwieniem kobieta.
- No przedwczoraj prosiłem mamusie o chwilę rozmowy. Obiecała mamusia przyjść do mnie, jak Urszula wróci do domu i zajmie się swoim dzieckiem.
- Piotruś, zaczynasz już?
Po tym, znanym od lat zwrocie jasne było, że w najbliższym czasie nie będzie atmosfery sprzyjającej poważnej rozmowie. Piotr pogodził się więc z myślą, że musi odczekać na uspokojenie sytuacji. Postanowił tymczasem wyjaśnić nurtujący go telefon od „Agnieszki”. Telefon nie wchodził w grę, trzeba było jechać do kogoś z „dwójki”, a że najbliższy kontakt był w Płocku, zapowiadał się jutro bardzo długi dzień. Dziś jeszcze trzeba zadzwonić i umówić się na spotkanie. Z tą myślą wybiegł do budki telefonicznej.

- Cześć Iwonka, tu… - Piotr przedstawił się pseudonimem znanym jego rozmówczyni z lat stanu wojennego. – Rozmawiałem kilka dni temu z „Agnieszką”, ale żyrafy przeszkadzały…
- Cześć. No wiem, wiem. W takim razie wpadnij do mnie. Kiedy możesz?
- ja to bym najchętniej jutro pojechał.
- Nie ma problemu. Od dziesiątej będę w domu. Przyjeżdżaj – zaprosiła Iwona.

Piotr po powrocie w domowe pielesze uprzedził matkę, iż następnego dnia z rana wyjeżdża i nie będzie go do późnego wieczora.

- A gdzie ty znowu jedziesz?
- Do Płocka – odpowiedział zgodnie z prawdą.
- Po co tam? Nie masz na co pieniędzy wydawać?
- Jadę na wesele zaprosić.
- Czyje wesele? - No moje przecież.
- To matka jeszcze nic nie wie, a ….
Piotr nie pozwolił dokończyć: - Mama, ja chciałem z mamusią porozmawiać, ale czekam, aż znajdzie mamusia dla mnie czas.
- Znów zaczynasz?
- O tym właśnie mówię. Moje sprawy są „zaczynaniem”. Musi mamusia już iść, bo Czaruś płacze.
Dalsza rozmowa oczywiście nie miała sensu. Ranek przyniósł nowe wyzwania. Wczesna pobudka, droga do pociągu, oczekiwania na PKS, później autobus miejski i tak do bloku Iwony dotarł niemal na południe.
Informacje, jakie dostał, obiektywnie nie były pocieszające. Ryszard Andrzejuk, syn Jana był do czasów stanu wojennego ormowcem w Białej Podlaskiej. Co prawda istniały podejrzenia, że chodzi o całkiem inną osobę, ale ostatecznie ilu Ryszardów Andrzejuków, mających Jana za ojca mogło mieszkać w tym samym czasie w rejonie Białej Podlaskiej? Tu wątpliwości, choć poważne, musiały być rozstrzygane na niekorzyść podejrzanego. Dalej było tylko gorzej. W najbliższej rodzinie, wedle raportu „dwójki”, było troje esbeckich kapusiów i jedna osoba prawdopodobnie szantażowana przez aparat władzy. Sama Małgorzata miała jednak kartę czystą.

- Przykro mi – Iwona nie znalazła innych słów na komentarz.
- Iwonko, ja biorę ślub z dziewczyną a nie jej krewnymi, zwłaszcza, że Gosia sama ma wyrobione zdanie o siostrach, szwagrze i ojcu. Ona jest inna. Dobrze wiesz, że w każdej rodzinie są takie przypadki – usprawiedliwiał. Po chwili dodał ze smutkiem: - Przecież mój własny wuj był donosicielem.

Iwona już nie komentowała, więc z łatwością przeszli do spraw przyjemniejszych, czyli nadchodzącego wesela. Piotr wiedział, że nikt inni z „rodziny” nie pojawi się z powodów dobrze mu znanych, ale obecność Iwony wydawała się oczywista. Zawiódł się. Dziewczyna od kilku miesięcy miała chłopaka, z którym wiązała spore nadzieje. W początkowym okresie wiele mu o swoim życiu opowiadała. W wielu wątkach pojawiał się jej stary znajomy, Piotr z Legionowa. Gdy zauważyła, że facet jest chorobliwie zazdrosny, było za późno. Obecnie, nie chcąc go drażnić, nie mogła nawet wyobrazić sobie jakiegokolwiek jawnego kontaktu.

- To może i mnie zaprosisz na to wesele – usłyszał Piotr zaraz po powrocie do domu. Wiedząc, jak trudne stoi przed nim zadanie, postanowił nie zadrażniać bardziej sytuacji. – Ano musimy pogadać, bo jest o czym – odpowiedział.
Gdy tylko siedli na tapczaniku, Piotr opowiedział o konieczności powrotu do pracy, przed jaką stanęła Gosia i co za tym idzie, potrzebą szybkiego ślubu i przeprowadzki. – Nie będzie przecież dojeżdżać do szpitala z Janowa a mieszkać tu bez ślubu nie chcemy – zakończył strategicznym manewrem. Ta ostatnia uwaga wystarczyła, aby przełamać wszelkie wątpliwości. Jadwiga Korycka była już pewna, że do ślubu musi dojść bardzo szybko, zgodziła się zatem, że termin sierpniowy jest najbardziej optymalny. Po chwili namysłu przyszły jednak wątpliwości…
- To będzie sierpień. Powinniście więc zrobić wesele bezalkoholowe, tak jak u Uli było – przypomniała.
- Dla mnie alkoholu może nie być – zgodził się z nią syn. – Pogadam z Gosią.
- Porozmawiaj z nią, ale myślę, że alkoholu nie powinno być. To jest sierpień, miesiąc bezalkoholowy. A może zgodziłaby się, aby wesele było w Legionowie? Wynajęlibyśmy tę samą solę co na Uli wesele. Nie wyszło to drogo, wszyscy byli zadowoleni…

Piotrowi spodobała się ta myśl. Tu, wśród swoich czułby się znacznie spokojniejszy. Ponadto zachwycona mama byłaby gwarantem spokoju na przyszłość. Dalsza rozmowa dotyczyła już szczegółowych rozwiązań po ślubie. W tak malutkim pokoiku nie uda się wstawić dwóch łóżek, więc posłanie dla Pawełka trzeba będzie umieścić w dużym pokoju. Tylko jak z obiadami? Czy Gosia będzie chciała prowadzić wspólną kuchnię? Jak ona będzie dojeżdżać na nocną zmianę? Omawianie niewiadomych trwało niemal do rana i oczywiście nie doprowadziło do żadnych wniosków. Dopiero podczas najbliższej rozmowy telefonicznej z Gosią, Piotrowi udało się wyjaśnić część kwestii.
O weselu bez alkoholu nie było co marzyć, za to Gosia obiecała porozmawiać ze swymi rodzicami na temat możliwości zorganizowania wesela w Legionowie. To już było coś, czym Piotr mógł pocieszyć swą mamę. – Rozmawiałem z Gosią – zagaił, gdy tylko próg przekroczył.
- No i? - Mówi, że alkoholu trochę musi być, bo dla niektórych byłaby to obraza, jakby w ogóle zabrakło, ale ma to być ilość symboliczna – Piotr kłamał jak najęty. – Natomiast prawdopodobnie nie będzie problemu z weselem u nas – dodał jednym tchem, aby dobrą nowiną zatrzeć wrażenie po tej gorszej. Nie pomogło. Jadwiga Korycka nie kryła oburzenia i zgorszenia. Poczuła się zawiedziona. Na szczęście nie na tyle, aby odmówić przyjazdu do Janowa na oficjalne zaręczyny, które zaplanowano przy okazji imienin Piotra i Pawła.

Impreza zorganizowana na podwórku przy Moniuszki 6 była stosunkowo udana. Piotr, co prawda, obawiał się pierwszego spotkania obu rodzin i zderzenia oczekiwań z rzeczywistością, lecz nic złego nie wydarzyło się. Uwagi gości nie umknął fakt, że Pawełek wołał do Piotra „tato”. Co więcej, opinie, jakie usłyszał po powrocie do domu było stosunkowo pozytywne. Pozostało mu teraz wyjawić, jaką ostatecznie odpowiedź otrzymał na propozycję przeniesienia wesela do Legionowa. To, co przeczuwał po tej rozmowie, nie było niczym przyjemnym. – Gosia nawet nie miałaby nic przeciwko, ale jej matka była stanowczo przeciw – próbował tłumaczyć narzeczoną. Wszelkie argumenty trafiały w próżnię.

Przez pierwsze dwa tygodnie lipca przygotowania do wesela musiały nieco ustąpić miejsca innym obowiązkom. Oto stowarzyszenia bioterapeutów, czarodziejów, hipnotyzerów i wszelkiej maści ezoteryków organizowały pod Warszawą swój kolejny „zjazd czarowników”. Nie mogło tam zabraknąć Piotra z Jackiem. Chęć uczestniczenia zgłosiła też szefowa Piotra, dr Danuta Kulesza, która jako homeopatka mogła pretendować do członkostwa w tym gronie. Trzeba było przygotować wystąpienie przed publicznością a to wiązało się nie tylko z tremą, ale i wymagało sporo poświęconego czasu. Zjazd miał trwać trzy dni, ale problem drogich noclegów rozwiązała dr Kulesza:

- Panie Piotrze, moja mama mieszka w Miłosnej i zaprasza nas na noclegi i obiady – ogłosiła na kilka dni przed zjazdem.

Ostatecznie Piotr nie odważył się zaprezentować przygotowanego wystąpienia, za to przygoda, jaka go spotkała na wieczornym obiedzie zrekompensowała stres z sali obrad. Starsza pani mieszkała samotnie w stosunkowo dużym domu. Jeden z pokojów wynajmowała zatem jako gabinet jakiemuś bioterapeucie. Niemal zakochana w „swoim” uzdrowicielu, wszystkich innych lekceważyła. Gdy jej córka przedstawiła swej matce Piotra, jako bioenergoterapeutę, ta prychnęła jedynie z nieukrywaną wyższością i skomentowała: - Bioterapeuta? No to niech mi powie, co mi jest?
- Pani ma córkę lekarza, niech panią zdiagnozuje.
- No tak, wiedziałam – ogłosiła triumfująco, odwróciła się na pięcie i odeszła do swych obowiązków.

Piotra ego bardzo ucierpiało po tym ciosie. Szukał zatem okazji rewanżu. Pojawiła się bardzo szybko, bo podczas obiadu. Długi stół w salonie zastawiony potrawami, wokoło niego kilkanaście osób. Pani domu krzątająca się podająca kolejne potrawy… Piotr przez dłuższą chwilę obserwował kobietę, diagnozując każdy skrawek jej ciała….

- Przepraszam panią – zawołał, gdy pojawiła się naprzeciw.
- Coś podać?
- Nie, chciałem tylko zasugerować, że powinna pani uważać na swoją trzustkę.

Kobieta nie wypuściła z rąk trzymanego półmiska, ale wydawała się bliska tego. Zatrzymała się, z otwartymi w pół usty popatrzyła na swego gościa… po chwili wymamrotała jedynie: - Popatrzcie… wiedział…

W połowie lipca Pawełek miał umówioną wizytę w Centrum Zdrowia Dziecka, gdzie od lat leczony był z powodu astmy. Małgorzata miała wiec okazję, aby przy okazji na dłużej przyjechać do Legionowa, a spraw do załatwienia było sporo. Spotkali się tradycyjnie, na dworcu Warszawa Stadion. Chłopiec pierwszy wybiegł z autobusu, podbiegł do Piotra i zawołał: - Proszę pana, już jesteśmy!
- Czemu mówisz „proszę pana”? Jak się umawialiśmy? Zapomniałeś już?
- Pan będzie moim tatą dopiero, jak się ożeni z moją mamą – odpowiedział rezolutnie chłopak.
Piotr zaniemówił. Przy pierwszej okazji nie omieszkał porozmawiać o tym z narzeczoną. Na koniec poprosił: - Gosiu, on tego sam sobie nie wymyślił, musisz interweniować w domu.

Małgorzata nie odpowiedziała.
Atmosfera zrobiła się nieco duszna a rozładować udało się ją dopiero w Nowym Dworze i to kosztem pani Marzenki, której przygotowali psikusa.
- Dzień dobry – przywitała się nieznajoma po wejściu do Lecznicy „Pod dębami”. - Czy mogłabym zapisać się do bioterapeuty? – zapytała.
- Proszę poczekać, zapytam, czy ma dziś wolne miejsce - odpowiedziała pani Marzena i poszła do gabinetu. Po chwili wróciła razem z bioterapeutą.

- W czym mogę pomóc?
- Mam hemoroidy – wyznała potencjalna pacjentka.
- Hemoroidy mówi pani… To ja musze je najpierw obejrzeć, proszę do gabinetu.

W chwili, gdy oboje ruszyli w stronę drzwi, pani Marzenka stała oniemiała odprowadzając ich wzrokiem. Trudno przewidzieć, jakim szokiem skończyłoby się to, gdyby nie nagły, głośny śmiech Piotra. Nie wytrzymał miny swej znajomej. Zaśmiali się wszyscy, włącznie z czerwoną na twarzy panią Marzenką.

Na koniec dnia zajechali do Legionowa.
Przywitanie, uśmiechy, kolacja…
Piotr rozmawiał właśnie ze swoją siostrą w chwili, gdy z korytarza dobiegły go podniesione głosy. To jego matka z przyszłą żoną sprzeczały się, jakie kolor mają mieć buty od garnituru ślubnego. Gdy stanął obok nich, żadna nie zwróciła nawet uwagi na to, że sprzeczają się o buty dorosłego, obecnego tu człowieka. Żadna nie zapytała o jego zdanie!
Nie odezwał się, nie zabrał głosu. Małgorzata upierała się przy buraczkowych, które miały pasować do grafitowego garnituru. Jadwiga Korycka optowała zaś za czarnymi. On sam byłby gotowy iść nawet boso, byleby tylko te dwie, tak ważne dla niego kobiety przestały się sprzeczać. Jakie znaczenie miał kolor butów? Tego nie mógł zrozumieć.
Dyskusja skończyła się bez porozumienia a dwa dni później okazało się, że miodowy miesiąc przedślubny właśnie dobiegł końca. Nagle, M-4 okazało się za ciasne dla trzech rodzin. Już nie tylko nie będzie w dużym pokoju łóżeczka dla Pawła, ale jego rodzice nie będą mogli mieszkać pod tym samym dachem. Ula tu mieszka od tak dawna, więc ma pierwszeństwo a wszyscy razem nie pogodzą się. Wszyscy chcą spokoju a przy takiej gromadzie ludzi w małym mieszkaniu nigdy by go nie było. Nie będzie też żadnej pomocy przy organizowaniu wesela. Co więcej, Piotr usłyszał zapowiedź, że nawet najbliżsi na weselu się nie pojawią.

- Gosiu, musimy szybko szukać mieszkania do wynajęcia – Piotr uprzedził Gosię następnego dnia. Nie było to przyjemne, ale musiał wyjaśnić powody.
Po krótkiej rozmowie uzgodnili, że powinni zamieszkać w Nowym Dworze. Teraz jednak czas było zająć się weselem. Małgorzata miała dużą rodzinę, więc i gości należało spodziewać się wielu. Piotr również miał kogo zaprosić. Postanowiono więc, że sala weselna, wynajęta w Białej Podlaskiej musi być dość duża. Nawet dość szybko udało się taką znaleźć i opłacić. Tu, wydawało się, wszystko jest przygotowane. Z biegiem czasu okazało się jednak, że sala w większości będzie pusta. Oto goście zapraszani przez Piotra, jeden po drugim odmawiali przyjazdu. Dowiadując się o nieporozumieniach rodzinnych, woleli nie wchodzić między drzwi a futrynę. Wyglądało na to, że sala w części pozostanie pusta. Zaczęło się więc polowanie na nowych gości… Nie w każdym przypadku się udało. Proszony Aleksander Wierzbiński odmówił. Powody można było poznać dopiero po latach dwudziestu.

- Co my jeszcze musimy zamówić? – zapytała pewnego dnia Małgorzata.
- No tortów nie ma na liście.
- A po co torty? Będą sękacze.
- Jak to? Wesele bez tortów? Co moja rodzina powie?
- Masz pieniądze? – rzuciła retoryczne pytanie. Nie, nie miał. Przez lata planując powrót do seminarium nie gromadził zapasów. Nie przywiązywał do tego żadnej wagi. Żył dniem dzisiejszym. Teraz będąc bez grosza, nie miał nic do powiedzenia w sprawie własnego wesela. – Moi rodzice też nie mają worka bez dna – dodała narzeczona. Piotr jednak nie odpuścił. Wiedział, że w jego rodzinie to wesele nie będzie już uznane za udane, ale chcąc zachować resztki pozorów, walczył chociaż o te pozory. Dyskusje o tortach trwały jeszcze przez wiele dni. Ostatecznie zakończyły się obietnicą Małgorzaty Buja, koleżanki Gosi, że własnoręcznie zrobi tort weselny.

Nastroje psuły się z dnia na dzień. Trudne rozmowy musiały obejmować znaczny krąg osób bowiem pewnego dnia Marianna Andrzejuk, matka Małgorzaty poprosiła Piotra o odprowadzenie do domu. Gdy znaleźli się na Konopnickiej starsza pani zagadnęła z wielką życzliwością w głosie: - Dobrze się zastanowiłeś czy chcesz Gosię za żonę?
- Oczywiście. Przecież nie widać, aby ktoś mnie zmuszał – Piotr starał się żartować nie przeczuwając ciągu dalszego, ale kobieta ciągnęła: - Bo wiesz, ona ma dziecko, nie wiadomo, kto jest ojcem… ludzie gadają…
- Proszę pani – przerwał wręcz wstrząśnięty tym, co słyszy. – Mnie nie interesuje, co ludzie gadają. Ja wiem najlepiej, kto jest ojcem i to mi w zupełności wystarczy.

Nie wiadomo, czy ton był aż nadto dobitny, czy kobiecie zabrakło już argumentów, w każdym razie rozmowy nie kontynuowała.

Na kilka dni przed ślubem załatwili jeszcze jedną ważną rzecz: Urzędowo poprawili dane w akcie urodzenia Pawła. Gdy urzędniczka skończyła, Piotr zaprotestował: - Zapomniała Pani o jednym.
- Tak??? - O wpisaniu mi syna do dowodu osobistego.
- A, tak, rzeczywiście…

Młodym pozostało jeszcze uzgodnienie paru szczegółów.

- Masz już świadka? – zapytała w chwili odpoczynku Gosia.
- Nie, ja mam świadkową – odpowiedział. – To już dawno temu było ustalone, że na moim ślubie będzie to Urszula.
- Co ty? Świadkową wybiera panna młoda!
- Ale czy to jakaś równica?
- No tak, bo ja chcę, aby to była Beata Krystyny.
- Gosiu, wiesz, że atmosfera jest już bardzo napięta a ja obiecałem to Urszuli lata temu.

Dyskusja z rozmowy przerodziła się w trwającą wiele dni sprzeczkę. Najpierw była propozycja dwóch par świadków, którą odrzuciła Urszula, później Piotr chciał zupełnie zrezygnować ze swego wyboru a na koniec… jak zawsze ustąpił. Postanowili, że świadkami będą Jacek Rogala i Beata Sołoduszkiewicz.
W ten sposób wzniesiono się na kolejny szczebel rodzinnych animozji.

Piotr oczywiście odłożonych pieniędzy na wesele nie miał. Mimo to, jego rodzice zdecydowali, iż nie tylko zapłacą za salę propotcjonalnie do liczby gości, ale też sfinansują uszycie garnituru ślubnego. Warunek był tylko jeden – miał być „elegancki”. Taki właśnie, wedle projektu Małgorzaty, na który Piotr musiał się zgodzić, zamówiono u jednego z krawców w Nowym Dworze. Gdy już został odebrany, przyszła pora na poszukiwanie odpowiedniej sukni ślubnej. Wedle słów Gosi, nie mogła być nowa, bowiem jej rodziców na taką nie było stać. Trzeba było szukać używanej.

- Kupiłam już sukienkę – ogłosiła w końcu Piotrowi.

Suknia była ładna, ale wyjątkowo prosta. Jedynym jej ozdobnikiem była piękna kokarda umieszczona z tyłu, w pasie.

- Podoba mi się, tylko tę kokardę muszę odpruć. – obwieściła narzeczona.
- Coś ty, to jej dodaje uroku! - To chyba moja suknia a ty w ogóle nie powinieneś jej widzieć przed ślubem.
- Ty chyba miałaś coś do powiedzenia z moim garniturem…
– Ale ta kokarda mi się nie podoba! - skwitowała i kokardę odpięła.

Na kilkanaście dni przed wyznaczoną datą ślubu Małgorzata zażądała od Piotra, aby ostatni tydzień spędził u niej, czyniąc wspólne przygotowania do ślubu i wesela. – Ja nie mogę zostać z tym wszystkim sama – argumentowała. Piotr, mimo zdecydowanego sprzeciwu swych rodziców, zgodził się. Szesnastego sierpnia 1996 roku był już w Janowie. Przygotowania ruszyły pełną parą.
Poniedziałkowy poranek zaczął się wyjazdem do Białej Podlaskiej w poszukiwaniu wędlin i mięs na przyjęcie weselne. W wyprawie towarzyszyła siostra Małgorzaty, Irena. To ona była nie tylko kierowcą ale też rzeczywistym przewodnikiem po sklepach i… decydentem. Piotr towarzyszył im w milczeniu, jego głównym zadaniem było mówienie „tak Gosiu” i noszenie siatek.
Do domu wrócili zmęczeni. W trakcie wizyty w łazience Piotr zauważył, że nosi w kieszeni jakieś stare paragony sklepowe. Wyjął je, podarł drobno i wysypał do sedesu.

- Piotr, co to jest – dobiegł go po kolacji głos narzeczonej zamkniętej w łazience.
- Ale powiesz o co się pytasz?
- O te papiery w ubikacji.
- To śmiecie, nic ważnego.
- Ale czemu w sedesie. Chcesz mi zapchać rury?
- Przecież porwałem na drobne kawałeczki!
- Nie szkodzi. Wyjmuj to teraz! – rozkazała narzeczonemu, który bez słowa wykonał polecenie.

Piotr nagle przypomniał sobie uczucia jakie nim targały w trakcie związku z Anną. Dążył do czegoś, sam to prowokował, ale jednocześnie bał się przyszłości. To zaczynało powracać, ale znów zagłuszył te głosy nieśmiertelnym „jakoś to będzie”.

23 sierpnia do Janowa zaczęli zjeżdżać pierwsi goście weselni. Kolejni przybyli w sobotę 24 sierpnia. Wśród nich byli jednak też rodzice Piotra oraz jego siostra z mężem i synkiem. Z pozostałej rodziny przyjechał jedynie brat cioteczny Krzysiek, oraz wuj Izydor Kiliś z żoną. Zabrakło nawet chrzestnej.

Janów Podlaski, dom Ryszarda i Marianny Andrzejuk. Przed domem goście oczekują na wyjście ślubnego orszaku. W środku młodzi klęczą prosząc o błogosławieństwo swych rodziców. Po krótkiej ceremonii orszak ruszył w stronę oddalonego o dwieście metrów kościoła. Niecodzienny był to widok na rynku miasteczka, w poprzek którego podążało kilkadziesiąt osób z parą młodą na czele.

"Ja Piotr, biorę Ciebie Małgorzato za żonę i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że Cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci."


"Ja Małgorzata, biorę Ciebie Piotrze za męża i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że Cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci."




Rozdział VI




Gdy kapłan już spełnił swój obowiązek a goście, jeden po drugim dopełnili formalności aby życzyć nowożeńcom szczęścia i wszelkiej pomyślności, jedynie Jacek Rogala zadał młodemu pytanie: - A coś ty taki poważny był przez całą Mszę? Odpowiedzi się nie doczekał… Kto mógł siadał później do swojego samochodu, kto go nie miał, wsiadał do wynajętego autobusu i wszyscy razem ruszyli do Białej aby wspólnie świętować szczęście tych dwojga, co właśnie od ołtarza odeszli.

Po przyjeździe do lokalu chwila zamieszania, powitanie młodych, zajmowanie miejsc. Nowożeńcy siadają na środku, nad nimi święty obraz, co miał strzec trwałości związku podarowany przez panią Mariannę. Nieco obok wielki napis: „Twój dom, moim domem”. Piotr chciał nieco innego – „Gdzie ty Kajus, tam ja Kaja”, ale według Małgorzaty ten pierwszy bardziej wyrażał wspólnotę.

Pierwszy taniec młodych, kolejne już dla wszystkich, wodzirej stara się zabawiać gości jak umie, z głośników leci „Wielka miłość” co miała zaklinać rzeczywistość. Goście bawili się chyba nieźle oceniając po stanie ciała i umysłu niejednego i tak doczekali oczepin. Po północy ci, co definitywnie zapomnieli o tym, że bawią się w miesiącu bezalkoholowym pozajmowali strategiczne miejsca na stole lub wszczynali bardziej stanowcze dyskusje z każdym, kto siedział w pobliżu. Robiło się coraz później.

- Czarek mi usypia, nie ma tu miejsca, gdzie można by go położyć? - zapytała Urszula swego brata.

Wesele odbywało się w wynajętej sali, ale Piotr przypomniał sobie, że jednak dostali do dyspozycji niewielki pokoik przylegający do głównego pomieszczenia.

- Jest tu takie miejsce, powiedz Krystynie, bo ona ma klucz.

Po chwili kobieta wróciła najwyraźniej poruszona. Ledwie mówiąc wyznała bratu, że jego nowa szwagierska odmówiła użyczenia pokoiku, ponieważ tam jest przechowywany alkohol, za który ona odpowiada.

- Twoja siostra na twoim weselu została uznana za złodziejkę alkoholu - wyszeptała.

Piotr nie odczekał, aż ochłonie. Gdy wyszukał wzrokiem żonę na sali, podszedł i zaproponował wyjście na papierosa. Była zajęta rozmową z drugą swoją siostrą. – Za kilka minut – odpowiedziała.
Poczekał. Nie miał innego wyjścia
Gdy wyszli przed budynek, Małgorzata zauważyła, że nie jest to zwykły przerywnik. Zdenerwowanie jej męża było aż nadto widoczne. On też nie miał zamiaru ukrywać prawdziwego powodu wyciągnięcia jej spośród bawiących się ludzi. W wielkim wzburzeniu opowiedział, co zaszło kilka minut temu i bez słowa wrócił do stołu. Usiadł jednak sam, z daleka od kogokolwiek. Do czasu zakończenia wesela nie stało się nic. Małgorzata u Krystyny nie interweniowała, nie starała się wyjaśnić sytuacji, nikt nie poszedł nikogo przeprosić.

Na kolejne incydenty nie trzeba było długo czekać. Problemy zaczęły się w autobusie, którym weselnicy wracali do Janowa. Ledwie przytomny od nadmiaru alkoholu Wiesiek, mąż Ireny zaatakował wulgaryzmami Jadwigę Korycką. Wykrzykiwał wszelkie żale, jakie cała rodzina musiała mieć do rodziców Piotra. Jak kiedyś opowiadała Gosia, zawsze był to „wariat”, ale od czasu wypadku, jaki spowodował po pijanemu, wyraźnie zmagający się z chorobą umysłową. Na tyle jednak pozostawał świadomy, że wiedział, iż „żółte papiery” chronią go przed odpowiedzialnością karną i może sobie na wszystko pozwolić. Co pewien czas, gdy się napił, ganiał więc z siekierą żonę, wyganiał z domu dzieci, ubliżał komu się dało. Nikogo nie można by winić i za ten incydent, gdyby ktoś wcześniej w jego obecności nie rozpowiadał o międzyrodzinnych nieporozumieniach.

Do domu na Moniuszki wrócili jedynie państwo młodzi. Pozostała część rodziny rozjechała do rodziców Małgorzaty lub jej dwóch sióstr. Państwo Andrzejukowie pomyśleli też o teściach swej córki zapraszając ich pod swój dach dla odpoczynku. Około godziny dziesiątej przed południem przyjezdni zaczynali już się zbierać do drogi. Jak każde polska gościnność, gospodyni każdego odjeżdżającego obdarowywała tym, co z wesela pozostało: a to torba owoców, a to jakieś ciasta czy kanapki. I tym razem nie zapomniała, że Koryccy udają się w kilkugodzinną podróż do Legionowa:

- Jadzia, poproś Gosię, to da wam jakieś picie – poradziła, ale Korycka nie miała zamiaru prosić o „jakieś picie” z wesela, które ostatecznie też finansowała.

Na szczęście ostatnie wiadomości nie prędko dotarły do nowożeńców.
- No, mężu, chyba musimy się nieco przespać – zwróciła się Gosia do Piotra gdy tylko zamknęli za sobą drzwi domu. Wypowiadając z naciskiem słowo „mężu” uniosła w górę dłoń eksponując obrączkę ślubną.
- Musimy, bo i tak długo nie odpoczniemy żono – odpowiedział Piotr powtarzając gest żony.

Krótki czas odpoczynku zakończył się niepodziewanie miło. Gosia, przebudziwszy się pierwsza, musnęła ustami policzek Piotra szepcąc ledwie dosłyszalnie: - Jak to dobrze obudzić się koło męża… jak to cudownie brzmi… mam męża…
Dzień, który właśnie wstał, nie był lekki. Wszyscy przemęczeni, niewyspani… Nad Piotrem i jego żoną wisiało widmo przeprowadzki, do jakiej miało dojść już we wtorek. Na poniedziałek zaś zaplanowany był tzw. ślub cywilny, w tamtym czasie jeszcze obowiązkowy.
Pomimo nieciekawej perspektywy, poranek sprawił, że Piotr nagle zapomniał o wszelkich obawach. Ciepłe, serdeczne słowa Gosi i jej emocjonalne akcentowanie słowa „mąż” przy serdecznym stosunku do niego budziły nadzieję i dawały spokój serca.

Dzień zszedł bardzo szybko. Późne śniadanie, pośpieszne pakowanie niemal całego dobytku Gosi, wieczorna Msza święta. Na spokojną rozmowę o weselu znaleźli nieco czasu dopiero w nocy. Piotr nie wracał teraz do incydentu z Krystyną, więc mogli zgodnie uznać wesele za udane.

- Maryla jednak przyszła sama – zauważył Piotr.
- No, przy mamie nie odważyła się przyjść z kochankiem.
- Właściwie dlaczego oni się rozstali z Witkiem?
- Początkowo wszystko było dobrze – zaczęła opowiadać Małgorzata. – Nie było im lekko. Nie mieli mieszkania, ciężko pracowali. Zmieniło się, gdy ojciec skończył budować ten dom a ona otworzyła własną aptekę. Przyszły pieniądze, znajomości, prestiż… no i Witek nie pasował do tego grona. Trzeba się go było pozbyć. Tylko mamy mi żal.
- Czemu?
- Oni przez jakiś czas żyli bez ślubu kościelnego. Mamusia bardzo to przeżywała, prosiła, tłumaczyła, w końcu wzięli ten ślub a niedługo potem się rozstali. Teraz Maryla jest związana a przecież jawnie prowadza się z tym chłopem.
- Mówiłaś, ze on też żonaty i dzieciaty, wiec sytuacja Maryli niczego nie zmienia.
- Niby tak, ale byłaby jakaś nadzieja na przyszłość, może by znalazła innego…

Dopiero teraz, gdy Piotr poznał bliżej wielu krewnych Gosi, mógł zrozumieć niełatwe relacje rodzinne. Przypomniał sobie właśnie, jak kiedyś, słuchając opowieści o dziecku, któremu wciąż brakuje ojca, wyobrażał sobie Pawełka. Do głowy mu nie przyszło wówczas, że słucha opowieści o rodzinie „z góry”. Dziś chłonął każde słowo żony. Skoro wszedł w tę rodzinę, musiał przecież traktować ją jak własną a więc i wiedzieć wszystko.

Drugi dzień małżeństwa Koryccy spędzili ciężko pracując. Wszędzie, gdzie tylko ktoś się obrócił, mógł dostrzec piętrzące się spakowane kartony czy foliowe worki. Szafki i półki pustoszały w szybkim tempie. Nie było wiele czasu. Nazajutrz mieli ruszyć do nowego życia w Nowym Dworze.
Po południu przyszedł czas na odwiedziny w janowskim Urzędzie Stanu Cywilnego. Jego kierownik nie krył zaskoczenia, gdy zobaczył umówionych nowożeńców w strojach świadczących o tym, że właśnie odeszli od prac ogrodowych i z obrączkami na palcach. Co więcej, nie życzyli sobie ani uroczystej oprawy muzycznej ani zdjęć. Jedno, co mógł, to zmusić ich do zdjęcia obrączek i ponowne ich założenie podczas wymawiania jakiegoś świeckiego zaklęcia. Po podpisaniu dokumentów, powrócili do pracy.

Ciężarówka zajechała bardzo wcześnie. Załadowali dobytek, teraz już ich wspólny i ruszyli w drogę. Już w pobliżu Wyszkowa okazało się, że wyładunek nie będzie miły – właśnie zaczynał padać deszcz. – Pomogę państwu – zaoferował się kierowca.
Gdy dojechali, okazało się, że deszcz nie jest jedynym problemem. Na Miłej 3 nadal nie było właściciela domu, do którego właśnie mieli się wprowadzić.
W tej sytuacji wspólnymi siłami opróżnili samochód składając wszystko na poboczu drogi, wszystko przykryli płatami folii i… oczekiwali mając nadzieję, że mężczyzna kiedyś przyjedzie. Na szczęście przyjechał.

Domek nie był wielki, ale dla Koryckich wystarczający. Kuchenka, pokój i mały pokoik dla dziecka. Problemem był tylko i „aż” brak ogrzewania. Co prawda mężczyzna obiecywał naprawę pieca, ale mimo upływu czasu, nie robił nic a wczesna jesień nadchodziła bardzo zimna.
Młodym jednak nie spędzało to snu z powiek. Pawełka Piotr zapisał do zerówki na Osiedlu Młodych, gdzie pani Monika starała się nauczyć go podstaw matematyki i tego, która rączka jest prawa, a im dni płynęły jak w baśni. Żyli swym szczęściem. Wydarzyło się coś nieprawdopodobnego. Spory przedślubne, brak jakiejkolwiek jedności czy nawet szacunku minęły jak zły sen. Zgodni, szczęśliwi, wspólnie patrzący w przyszlość. Gdy sami to zauważyli, zmianę przypisali zbawiennemu działaniu Sakramentu małżeństwa.

Pocieszające wydarzenie miało też miejsce w Lecznicy. Pacjentka, która weszła do gabinetu, już od proga informowała:
- Ja to już kiedyś u pana była. Byłam z synem.
- Przykro mi, nie przypominam sobie…
- Poprosił pan, abyśmy poszli do kościoła – przypomniała.
- Aaaa… i nie wróciliście.
- Nie wróciliśmy, bo tego dnia kościół był zamknięty. Wróciliśmy więc dopiero w niedzielę. Poszliśmy wszyscy, całą rodziną do spowiedzi. Później jakoś nie było czas aż w końcu zobaczyliśmy, że synowi te objawy ustąpiły.

Piotr dziękował Panu Bogu, że kobieta nie zapytał, co jej synowi dolegało, bo nie znalazłby prostej odpowiedzi. Niemniej przypadek ten dodawał mu skrzydeł. Bioterapia to niezwykle odpowiedzialne i trudne zajecie. Nie często widzi się natychmiastowe efekty pracy a i tego, co się z siebie daje – nie widać. W tej sytuacji każdy spektakularny przypadek uleczenia niezwykle cieszy.

Trwająca dwa tygodnie sielanka rodzinna skończyła się tak nagle, jak nagle i niespodziewanie się rozpoczęła..

Pewnego dnia do drzwi zapukał właściciel domu i obwieścił, że jednak nie będzie naprawiał ogrzewania, więc oni muszą szukać sobie innego lokum.





Rozdział I i II ***