Rozdział II

- Wujku, ale co się później z nimi stało, gdzie oni wyjechali? – zapytał staruszka Piotr.
- Też chciałbym to wiedzieć – westchnął Kazimierz Kiliś wertując karty starego kajetu.
– Tu nic więcej o nich nie ma, chociaż dziadek lubił wszystko zapisywać. Zapisał jedynie, że ich syn Jan ożenił się z Anną, z którą w roku 1821 mieli syna Andrzeja. Ten z kolei, po ślubie z Katarzyną, miał dwóch synów: Antoniego i Walentego. Ci są już postaciami w pełni udokumentowanymi. Zobacz, dziadek powklejał tu nawet ich metryki z parafii Pomiechowo.

Piotr, syn jego siostrzenicy nie dawał jednak za wygraną: - To może właśnie do tej parafii przyjechali? – dociekał.
- Może i tak, chociaż na przełomie wieków XVII i XVIII Kilisiów spotkać można było także po drugiej stronie Wisły w parafii Łomna. Owszem, mogła to być całkiem inna rodzina lub też przenieść tam mógł się któryś z krewnych Stanisława, ale mogło być i tak, że to właśnie tam skończyła się wędrówka Stanisława i Marianny.

- No dobrze, niech wujek czyta dalej - poprosił piętnastoletni chłopak, w którym właśnie budziła się ciekawość własnych korzeni. Jego wuj Kazimierz był idealnym źródłem informacji. Mimo, iż dobiegał dziewięćdziesiątki, zachował nie tylko sprawność ciała ale i umysłu. Mieszkając zaś samotnie miał dość czasu na zaspokajanie cudzej ciekawości.

- To, co było później, mógłbyś już samodzielnie zbadać. No, ale skoro mamy tu wszystko napisane… Syn Andrzeja, Walenty, urodził się około roku 1763. W wieku lat niemal trzydziestu poślubił wdowę Małgorzatę Pietrzakową z Fabichów. Wkrótce potem, w roku 1790 urodził się jego pierwszy syn Michał a dziewięć lat później Antoni. Zaraz po narodzinach tego ostatniego, Walenty Kiliś nagle zniknął, aby po wielu latach pojawić się bez lewego oka, za to z wielką blizną przecinającą jego twarz od czoła aż po brodę i zapakowanym głęboko w plecaku mundurem. Do dziś zachował się ogromny orzełek z czapki napoleońskiego artylerzysty.

- To ten orzełek, który kiedyś od wujka dostałem?
- Tak. Zobacz, ile lat on przetrwał, ile osób ryzykowało, aby go uchronić. Słuchaj dalej. Tak naprawdę nie wiemy, co dalej działo się z Walentym. Zbierane przez lata relacje i opowiadania rodzinne są mało wiarygodne i często wzajemnie się wykluczające.
- A metryki kościelne?
- Widzę, że już chwytasz bakcyla – zaśmiał się staruszek. - Uwierz, że archiwa parafialne zostały przetrząśnięte. Miejscowy proboszcz był dziadka przyjacielem, więc nie było z tym problemu. Mimo długotrwałych poszukiwań nigdy nie udało się odnaleźć żadnego dokumentu poświadczającego jego śmierć. Najbardziej zatem prawdopodobną wersją jest opowieść o tym, jak stary żołnierz napoleoński nie miał dość walki i jako już podeszły człowiek poszedł walczyć w kolejnym powstaniu. Do domu miał nigdy nie powrócić.
- Michał, syn tego legionisty – ciągnął swą opowieść starszy pan - poślubił około roku 1812 Orszulę, córkę Mateusza Kurpiewskiego z Czarnowa. Wybór prawdopodobnie nie był przypadkowy, gdyż zmarły w 1808 roku Mateusz, odniósł śmiertelne w konsekwencji rany podczas bitwy nad Narwią, jaką dwa lata wcześniej stoczyły oddziały francuskie z wojskami carskimi. Tak więc oboje, zarówno Michał, jak i jego żona Orszula, byli dziećmi polskich żołnierzy. Doczekali się ośmiorga swoich dzieci: Małgorzaty, Jana, Józefy, Józefa, Kazimierza, Marianny, Mikołaja i najmłodszego, urodzonego w 7 października 1828 roku w Czarnowie Łukasza. Michał zmarł w niecały rok po jego narodzinach przeżywszy zaledwie 39 lat.
- No dobrze, ale minęło tyle lat i co z tą sławną klątwą? Nie dawało o sobie znać?
- Klątwą?
- No klątwą… nic wujek nie wie….?
- Ja wiem… ale – Kiliś zawiesił na chwilę głos. – Ja wiem…., ale skąd ty o niej wiesz?
- Ciocia Chojnacka mi powiedziała.
- Moja siostra zawsze miała do ciebie słabość, ale nie powinna dziecku tego opowiadać. Ktoś jeszcze o tym wie? – dopytał zaniepokojony.
- Nie, nikomu nie powiedziałem i nigdy nie powiem – zapewnił chłopak.
- Opowiesz, musisz opowiedzieć swoim dzieciom we właściwym czasie.
- Nie da rady wujku, ja będę xiędzem – zapewnił z przekonaniem Piotr. Wtedy już był pewien, że zaraz po skończonym liceum wstąpi do seminarium duchownego. Odprawić Mszę świętą, udzielić grzesznikom rozgrzeszenia w imieniu samego Chrystusa, prowadzić Naród w dobie zniewolenia, robić to, co robiło tylu wielkich Polaków – to było marzenie młodego chłopaka. Kto by myślał o własnych dzieciach, jak Naród i Kościół w potrzebie!?

Wuj Kazimierz popatrzył uważnie na niego i jakoś tak smutno, z cicha zaprzeczył: - Nie, ty nie zostaniesz xiędzem. Ty się zmierzysz z innym zadaniem. – Słuchacz naturalnie nie potraktował tych słów poważnie. Przecież dobrze wiedział kim chce w życiu być i co robić. Jakie mogło być ważniejsze zadanie?
- No, skoro już znasz tajemnicę… a muszę ci powiedzieć, że zapytałeś o nią w najwłaściwszym momencie. To właśnie rodzina Michała i Orszuli była kolejną, w której dała znać dawna klątwa, jaka przed laty dwukrotnie już zmusiła Kilisiów do opuszczenia stałej siedziby. Na szczęście tym razem skandal udało się utrzymać w tajemnicy, nikt więc nie zaczął plotkować.
- Ciocia Chojnacka wspominała mi, że jedna z moich prababek chciała zdjąć klątwę. Nie pamiętam, ale to chyba właśnie Orszula.
- Ja tej sprawy dobrze nie znam, bo babcia Marianna nigdy o tym nie chciała mówić, ale podobno jej teściowa Orszula na stare lata zaczęła zajmować się magią. Chciała uzdrowić swoją rodzinę z „klątwy Kilisiów” jak mawiała.
- No i uleczyła?
- Mówię ci, że nic nie wiem, bo babcia nie chciała nawet wspominać o tym. To była bardzo pobożna kobieta i magię uznała za coś złego. Nie przeszkadzało jej jednak zachować zapisków Orszuli i sumiennie ich strzec.
– Kazimierz Kiliś podczas tej rozmowy pierwszy raz uśmiechnął się.
- Zachowała zapiski? Gdzie one są?!
- Kiedyś o tym porozmawiamy.
- Kiedyś?... No trudno…. Ale wszystkie wnuki Mateusza i Orszuli były zdrowie?
- No tak, bo… - i tu staruszek pochylił się nad uchem chłopaka, szepcąc mu tak, aby nawet otaczające ich cztery ściany niczego nie usłyszały.
– Niewykluczone jednak – mówił już głośniej – że dwadzieścia lat później, w roku 1849 gdy Łukasz Kiliś wziął ślub z krewną swej ciotecznej babki Katarzyny, Marianną z Matyasiaków, z tego powodu nie pozostał w Czarnowie, ale osiedlił się w Kosewie koło Modlina. W tym czasie z dawnego majątku Kilisiów pozostało już niewiele. Jednak w połączeniu z posagiem Marianny, Kilisiowie uchodzili za ludzi bardzo bogatych. Ich dwór stojący naprzeciw małego jeziorka w Kosewie jeszcze w końcu XX w. starsi mieszkańcy wspominali jako niezwykle okazały. Miał to być dom drewniany, z ciężkich bali zbudowany, sześcioizbowy, podpiwniczony, kryty gontem. Jako magazyny służyły obszerne piwnice. Na samym środku wzniesiono obszerną sień. O małżeństwie moich dziadków nie wiemy wiele. Pozostało zaledwie kilka konkretnych wspomnień. Z pewnością mieli przynajmniej trzynaścioro dzieci. Tak! I wyobraź sobie, że babcia każdego roku brała udział w pieszej pielgrzymce na Jasną Górę. Szła tam nawet wówczas, gdy na koniec sierpnia czy wrzesień przewidywany był poród kolejnego dziecka. No, niestety nie wszystkie ich pociechy przeżyły.
- Trzynaścioro?
- Tak, trzynaścioro. W roku 1850 urodziła się im Cecylia. Prawdopodobnie nie przeżyła, bo córce urodzonej trzy lata później nadali to samo imię. 27 listopada 1851 roku urodził się mój wuj Jan. Później na świat przyszła Rozalia, która żyła zaledwie trzy lata. W 1856 roku urodziła się Józefa. To ona wraz z mężem Franciszkiem Lewandowskim, osiedliła się na południowym skraju Kosewy. Wśród wcześnie zmarłych były dwie Marcjanny, Józef i Michał. Podobno było tam jeszcze troje innych dzieci: Macjanna, Józef i Jakub. Ostatnim, który przeżył, był urodzony 8 stycznia 1867 roku Stanisław, mój tatuś.
- Moja mama mówi, że miał pecha, że tak późno się urodził…
- Można tak powiedzieć. Gdy tatuś miał skończyć dziesięć lat, jego dorosły już brat Jan przedstawił dziadkom przyszłą żonę, Mariannę z Mieszkowskich.
- Wredna baba.
- Nie wiem, to bardzo niejednoznaczna postać. Dziewczyna była urodzona prawdopodobnie we Wronie około 1856 roku. Edukację zakończyła na poziomie drugiej klasy szkoły powszechnej. Dalej uczyć się nie mogła bo istniejąca w miasteczku szkoła właśnie spłonęła i przez dziesięciolecia całe nie była odbudowywana. Mieszkowscy skupili się więc na domowej edukacji skutkiem czego Marianna bardzo dobrze pisała, czytała i rachowała. Po jej śmierci w rodzinie przechowywane były książki, jakie po sobie zostawiła. Wujek Jan zdawał sobie sprawę, że musi pokonać jedną przeszkodę. Były nią pieniądze. Spośród trzynaściorga dzieci moich dziadków dorosłość uzyskało zaledwie troje: Józefa, Jan i Stanisław, lecz w tym czasie żył też jeszcze najmłodszy Michał. Rodzice więc mieli świadomość, że kiedyś przyjdzie im podzielić posiadany majątek na czworo ich dzieci. Narzeczona wuja Jana nie pochodziła ze szczególnie bogatej rodziny, nie grzeszyła też zbędną urodą, ale oczekiwania co do przyszłego męża miała wysokie.

Gdy Kazimierz Kiliś opowiadał dzieje sprzed ponad stu lat, Piotr myślami przeniósł się w tamtą epokę. Oto nagle stał w jednej z izb kosewskiego dworu będąc niezauważonym świadkiem historycznej rozmowy ojca z synem:

- Ojcze, pan Mieszkowski zgadza się na nasz ślub, ale muszę dostać więcej ziemi, niż wypada na moją część – mówił młody Jan. Łukasz Kiliś nieco zaskoczony i zniesmaczony taką sytuacją, nie od razu odpowiedział. Musiał przemyśleć wszystko. Jego córka Józefa miała już w tym czasie narzeczonego, ale Michał i Stanisław byli jeszcze małymi dziećmi. Po długich naradach Kilisiowie postanowili zabezpieczyć spadek córki a resztę zapisać najstarszemu synowi. Ten z kolei obiecał, że po ślubie, gdy bracia dorosną, on sumiennie odda im ich część.

- No i nie oddał…
- Nie od razu było to takie oczywiste. Po hucznym, weselisku młodzi zamieszkali w domu Kilisiów w Kosewie, gdzie pozostali przynajmniej do roku 1880. Do tego czasu na świat przyszły ich dwie córki: Balbina i Waleria. Później z jakiegoś powodu przenieśli się do Wrony, gdzie jeszcze kilka lat wcześniej mieszkali rodzice Marianny. Państwo Mieszkowscy po roku 1847 przeprowadzili się do miejscowości Biele w płońskim. Później we Wronie na świat przyszły kolejne dzieci Jana i Marianny: Stanisław, Kazimiera, Bronisława i Feliksa. W roku 1887 w Kosewie umarł brat mojego dziadka, Michał. Dla Jana problemem pozostał więc już tylko mój tatuś. Ten żył, a nawet w 1890 roku postanowił ożenić się z Rozalią, córką Wawrzeńca i Balbiny z Pawelskich.
- Jak się poznali?
- Nie wiem. Pawelscy byli nową rodziną w tej okolicy. Prawdopodobnie w roku 1873 Wawrzeniec Pawelski kupił od miejscowego dziedzica jedną trzecią majątku Śniadowo i wraz z kilkorgiem dzieci zamieszkał tu po opuszczeniu stron rodzinnych w okolicy parafii Sarbiewo. Z pierwszą swoją żoną, Rozalią z Garczyńskich ożenił się 18 lutego 1844 roku w Sarbiewie. Doczekali się czwórki dzieci: Piotra, Marianny, Franciszki, która została żoną Jakuba Łęgowskiego i Antoniny żony Tomasza Gruszczaka. Rozalia zapewne wkrótce zmarła, gdyż Wawrzeniec w roku 1869, również w Sarbiewie, wziął ślub z Balbiną, córką Jana Biernackiego i Ludwiki z Jankowskich. Z tego związku narodziło się prawdopodobnie dwanaścioro dzieci: Władysława Milewska, NN Lewandowska, Rozalia, Helena Celińska, Marianna Wasilewska, Władysław, Antoni, Katarzyna Sadlakowska, Jan, Julianna, Stanisław i Marianna.
Gdy tatuś poznał mamę, jej rodzina była jeszcze elementem obcym dla miejscowego środowiska. Nie bez znaczenia było i to, że Pawelscy byli ludźmi bogatymi, a nasi nie posiadali już nic. Wychowując najmłodszego syna Kilisiowie starali się jedynie wpoić mu wartości, którymi żyli od początku: wiarę, pobożność i uczciwość. Ich syn biegle czytał i pisał nie tylko po polsku, ale także i po rosyjsku, znał matematykę, historię i geografię. Sąsiedzi często byli świadkami, jak siedząc na ganku dworu lub na ławeczce ustawionej nad jeziorkiem grywał na harmonii. Piotr w wyobraźni znów przeniósł się w czasie i oto stanął przed Stanisławem i jego matką Marianną.

- Stasiu, Janek obiecał, że odda twoją część – przypomniała mu matka gdy snuł przed nią plany na swoje życie i martwił się przyszłością.
– Jedź synu do Wrony.

Chłopak przeczuwając, czym skończy się podróż, wcale nie rwał się do odwiedzin. Była to jednak jedyna szansa na zapewnienie sobie jakiejś stabilizacji życiowej. Marianna, widząc obawy syna, zdecydowała się towarzyszyć mu w tej niełatwej wyprawie. W drogę wyruszyli wkrótce po uroczystości Wszystkich Świętych roku 1891. Do przebycia mieli zaledwie dziesięć kilometrów lecz nie popędzali koni, jakby chcąc jak najbardziej odwlec moment spotkania i rozmowy. Jechali w milczeniu. Radosnego powitania nikt się nie spodziewał, ale to, co się wydarzyło, zszokowało kobietę, która starała się, aby jej rodzina zawsze była przykładem cnót wszelkich. Gdy tylko w obejściu zaszczekały psy, na progu domu pojawiła się bratowa Stanisława.

– Czego tu? Majątku się zachciało? Wynocha, bo jak nie to… - i połyskując ostrzem trzymanej w ręku siekiery dowodziła, że nie żartuje.

Nie dyskutowali.

– Choć stąd synu – Kilisiowa pociągnęła Stanisława za rękaw w stronę bryczki. I tak, jak w milczeniu jechali do Wrony, tak też w milczeniu z niej powracali. Jechali z obawami, wracali z doświadczeniem zła.

Brak majątku nie stanął na przeszkodzie ślubu. Pomimo faktycznej biedy, Stanisław miał dla Pawelskich jeden niepodważalny atut, był nim szacunek ludzi i szlachecka tradycja, która integrowała przybyszów z krajanami. Młodzi przed ołtarzem Świadectwo ślubustanęli 25 listopada 1891 roku w cieksyńskim kościele.
Radość nie trwała długo. Zaledwie trzy tygodnie temu Stanisław musiał się pogodzić z faktem, iż jego część rodzicielskiego dorobku na zawsze pozostanie w rodzinie brata Jana, teraz zaś Rozalia dowiedziała się, że i ona nie może liczyć na żaden posag. W ramach dobrej woli Wawrzeniec, jej ojciec, użyczył młodym pewną część ziemi na trzy lata. W ten sposób mieli się dorobić i zabezpieczyć na resztę życia. Jak głosi rodzinny przekaz, pierwszego roku nie urodziło się nic na zaniedbanym polu, przez kolejne dwa lata zbiory niszczyły klęski pogodowe.

- Mama mówiła, że Pawelscy oferowali kawałek ziemi pod budowę domu.
- Tak. Na tym nie skończyła się „serdeczność” rodziców Rozalii. Gdy po latach rodzice musieli się wyprowadzić z domu zmarłych już dziadków, dziadek Pawelski zaoferował im skrawek ziemi, trójkąt w rozwidleniu dróg, na którym mogliby postawić sobie dom. Ci jednak darowizny nie przyjęli. - Piotr, ty nie masz dzisiaj lekcji w szkole?
- Mam wujku, ale nie ma sensu abym na nie chodził. Oni mnie i tak wywalą z tej szkoły.
- Działasz w „Solidarności”…?
- Tak – odpowiedział chłopak, choć to nie do końca była prawda. Był czas, że próbował działać w tym związku, ale tenże związek nie potraktował poważnie szesnastolatka i jego kolegów. Zaczęli więc działać pod innym szyldem.
- Matka pewnie się boi?
- Oj, muszę się bardziej przed mamą chować niż przed milicją.
- Dobrze się staremu dziadkowi rozmawia, ale ty już jedź, bo nie dasz rady przed godziną milicyjną.

Nie było rady, Kazimierz Kiliś miał rację. To była najwyższa pora wracać do Legionowa i solidnie matce nakłamać, gdzie tyle czasu był: - Udało mi się namówić Heńka aby mi fizykę wytłumaczył, więc poszliśmy do jego domu – opowiadał bez zająknięcia.

Jadwiga Korycka Jadwiga Korycka podzielała niemal wszystkie poglądy syna, uważała jednak, że za Ojczyznę winni walczyć wszyscy, tylko nie on. On jeden powinien skupić się na nauce, bo tylko nauka daje szansę na normalne życie a przecież – skoro jej samej się nie udało – tak bardzo chciała tego dla syna. Czy w to kłamstwo uwierzyła, trudno zgadnąć, ale skoro awantury nie było, można było brnąć dalej:
- Niech się mamusia nie denerwuje jutro, bo jak Heniek zechce, to też do niego pójdziemy po szkole.

Brak protestu świadczył o tym, że kłamstwo było udane. Nic już nie stało na przeszkodzie, aby u wujka Kilisia kuć żelazo puki gorące. Następny ranek zaczął się więc standardowo pobudką, udawaniem, że książki są pakowane do plecaka, zabieraniem kanapki i wędrówką do pociągu. Obserwator mógłby się zdziwić dopiero na stacji kolejowej, że Piotr wsiadł do pociągu jadącego w kierunku przeciwnym od Warszawy.

Kazimierz Kiliś naturalnie ucieszył się na widok siostrzeńca. Nie będzie teraz musiał samotnie spędzać całego dnia lecz Piotr musiał poczekać na zakończenie niezbędnych w obejściu prac. Wiek nie zwolnił z niczego. Dopiero gdzieś po godzinie znów usiedli za ogrodowym stołem pod wielkim, rozłożystym orzechem. Z opowieści wujka Kazika Piotr namalował sobie tragiczny obraz życia przodków:

Dla Stanisława rozpoczęło się życie pełne wyrzeczeń, cierpienia a często nawet nędzy. Przez pierwsze lata małżeństwa Kilisiowie mieszkali w Kosewie. To tam urodziły się ich pierwsze dzieci i tam młoda Rozalia po raz pierwszy doświadczyła ciepła rodzinnego. Jak sama potem mówiła, wszystko dobre, czego nauczyła się w życiu, pochodziło od teściowej. Razem ze swym mężem byli tym wartościom wierni do końca życia. Prawie sto lat po ich śmierci, wśród potomków ciąż będzie żywa pewna historia opowiadana z pokolenia na pokolenie. Otóż za zarobione gdzieś pieniądze Stanisław Kiliś kupił trzy małe prosiaki. Nie wiadomo, czy sprzedający je rolnik wiedział o ich chorobie, czy też nie, ale zwierzęta zaczęły zdychać. Gdy padł pierwszy prosiak, sąsiedzi radzili: „Panie Kiliś, niech pan szybko sprzeda te dwa pozostałe, bo i one mogą zdechnąć”. Pan Kiliś jednak odpowiedział, że nic nie zmusi go do oszukania innego człowieka. Mając na utrzymaniu głodującą rodzinę, nie skusił się mirażem odzyskania choć części zainwestowanych pieniędzy. Po kilku dniach padły kolejne prosiaki.
W rodzinie żywe są i inne historie a każda z nich ma obrazować jakąś cechę stawianego do dziś za wzór „dziadka”. Warto przytoczyć dwie opowieści przedziwne. Gdy starsi opowiadają je młodszym, zwykle zaczynają od: „To nieprawdopodobne, ale dziadek nigdy w życiu nie skłamał. Jeśli on to mówił, tak musiało być”.
Otóż w okolicach Kosewy, tuż po porodzie zmarła matka nowonarodzonego dziecięcia. Wcale nie znaczyło to, że opuściła je. Każdego dnia, o tej samej godzinie, ludzie pracujący w polu widzieli kobietę idącą do zagrody. Sąsiedzi rozpoznawali ją po chodzie. Matka dziecka miała krótszą jedną nogę i widocznie utykała. „Zobaczcie, kulawka idzie, musi być już jedenasta” – wnioskowali żniwiarze. Zaraz potem w domu usłyszeć można było odgłosy ssania a noworodek uspokajał się wyraźnie najedzony.

Jeszcze bardziej niewiarygodna przygoda spotkać miała Stanisława, gdy pewnego świtu wybrał się z rolnikiem do Warszawy. Na drodze z Nowego Dworu do stolicy, w lasach przed Jabłonną pasło się stado baranów. Jeden z nich wskoczył nagle na wóz i zaczął przymilać się do jednego z mężczyzn. Ten, zdziwiony sytuacją, zaczął głaskać zwierzę mówiąc „bidny baranek, bidny baranek”. Baran spojrzał na głaszczącego go i odpowiedział: „bidny baranek, bidny” a następnie zeskoczył na pobocze. Podróżujący tym wozem, po powrocie do domu opowiedzieli zgodnie całe zajście a uwierzono w nie tylko dlatego, że był tam i „pan Kiliś”. Nad oceną tych relacji ciążyć już zawsze będzie konflikt rozumu z wiarą w to, że Stanisław Kiliś nigdy nie skalał się kłamstwem.

Dla równowagi wypada przytoczyć też relację niezbyt mu przychylną. Tym razem starsi, w tajemnicy przed młodszymi szepcą, iż pewnego razu sąsiadowi Kilisiów wyroiły się pszczoły. Wiedząc, że Stanisław Kiliś również jest pszczelarzem, zapukał z prośbą o pożyczenie kośki. Pod nieobecność gospodarza, urządzeniem zarządziła jego żona lecz skutki tego były opłakane. Stanisław był przekonany, że taka decyzja należała do głowy rodziny. Początkowo opowiadano więc, że z powodu tej samowolki zrobił żonie karczemną awanturę, zaś z czasem opowieść ewoluowała i dziś da się słyszeć, że kobieta została dotkliwie pobita. Tych rewelacji też nie uda się już zweryfikować. Wątpliwości nie ulega jedynie fakt, że Stanisław Kiliś był człowiekiem znerwicowanym i z pewnością nie mógł pogodzić się z myślą, że jako mężczyźnie trudno mu utrzymać rodzinę i zapewnić dzieciom takie warunki, jakie uważał za godne dla swego pochodzenia. Tym bardziej musiał więc przywiązywać wagę do wszelkich pozorów i zasad.

Zarówno Pawelscy, jak i rodzina Jana Kilisia częstokroć pozwalali sobie na kpinę wytykając krewnemu lenistwo. Niewiele to chyba miało wspólnego z prawdą, skoro Stanisław potrafił, mimo słabego zdrowia, ciężką pracą zapracować na przykład na dwa worki pszenicy, które następnie na własnych plecach niósł kilkanaście kilometrów do młyna swego bratanka aby mimo urazy prosić go aby ten zmełł na mąkę. Rodzina miała wtedy co jeść. Jedynie przez pewien czas Kilisiom żyło się nieco lżej. Przez trzy lata Stanisław zastępując chorego kolegę był nauczycielem w kosewskiej szkole. Ze szkołą tą związane są też wspomnienia ludzkich plotek. Wielu nie mogło wybaczyć Kilisiowi, że nie pozwala swoim dzieciom siadać w jednej ławce z dziećmi z biednych rodzin. Przeszłość rodziny i wielkopańskie nawyki Stanisława czasami były podziwiane ale też częstokroć budziły zawiść. Nikt nie pomyślał, że zakaz siadania z biednymi dziećmi nie wynikał z wywyższania się żyjącego w nędzy Kilisia ale z przekonania, że najczęściej przedstawiały one niski poziom moralny i obyczajowy.

Stanisław i Rozalia Kilisiowie doczekali się dwanaściorga dzieci. Najstarsza z dzieci, Marianna urodziła się jeszcze w domu swych dziadków w Kosewie w roku 1893. Już wkrótce stała się główną pomocą dla rodziców w wychowaniu swego rodzeństwa i pracach domowych. Po latach, to ona przejęła obowiązek opieki nad chorymi rodzicami a około 1930 roku, gdy wraz z mężem Stanisławem Chojnackim zamieszkali Dom w Szczypiorniew Szczypiornie, zabrali ich ze sobą.

Po Mariannie w domu Kilisiów na świat przyszli: Kazimierz, Wacław, Stefan, Helena Szcześniak, Wanda, Ignacy, Józefa, Innocenta Korycka i Jadwiga Kamińska. We wczesnym dzieciństwie zmarła zaś dwójka innych: Józefa i Jan.
Urodzony w 1885 roku Kazimierz ożenił się ze Stefanią i po latach ciężkiej pracy przy budowie carskich fortów kupił sobie ziemię w Janowie koło Zakroczymia. Małżeństwo nie doczekawszy się własnych dzieci, zdecydowało się na wychowanie siostrzenicy Stefanii, Heleny.
Wacław doczekał się trójki dzieci, z których jeden, Włodzimierz został kapłanem diecezji płockiej. Niestety, Wacław nie doczekał dorosłości swych dzieci. Jako żołnierz Armii Krajowej został zdradzony przez jednego z członków oddziału, aresztowany i zamordowany na III Forcie koło Pomiechówka.
Tragiczny był los Wandy. W roku 1920 w Polsce panowała epidemia grypy zwanej „hiszpanką”. Szesnastolatka dzielnie opiekowała się wszystkimi chorymi członkami rodziny. Raz powiedziała do ojca: „Wy wszyscy wyzdrowiejecie a jak ja zachoruję, to już umrę”. Prorocze to były słowa.

W tym czasie Kilisiowie mieszkali nieopodal Śniadówka, w zabudowaniach wynajętych od rodziny Salwowskich. Gdy Stanisław dostał wylewu i sparaliżowany nie wstawał z łóżka, jedynym źródłem utrzymania stało się dziesięć złotych, jakie starsi synowie, podoficerowie Wojska Polskiego przysyłali do domu. Uzyskanie ich nie było łatwe. Marianna, bez względu na pogodę, musiała po odbiór pieniędzy iść na pocztę do oddalonego o dwadzieścia kilometrów Zakroczymia. Nie zwalniało jej to z konieczności uzbierania w lesie drewna na opał, przygotowania posiłków czy oprania rodzeństwa, matki i leżącego w łóżku ojca a po wodę trzeba iść blisko kilometr do Śniadówka. Podczas jednej z takich codziennych wypraw Marianna poznała Stanisława Chojnackiego, swego przyszłego męża. To on, za otrzymaną z domu spłatę wartości jednej krowy, pobudował jednoizbowy domek na wynajętej od rodziny Śmiesznych, pięcioarowej działce na skraju Szczypiorna. Kilkadziesiąt kroków dalej mieszkała tam już siostra Marianny, Helena z mężem Antonim Szcześniakiem. Po drugiej stronie, po sąsiedzku zamieszkała druga jej siostra Jadwiga Kamińska z rodziną. Chojnaccy w Szczypiornie nie zamieszkali sami. Do ich domu dobudowano maleńką izdebkę, w której dach nad głową znaleźli rodzice Marianny i jej siostra Innocenta.

Stanisław Kiliś, po sześciu latach choroby zmarł siódmego stycznia 1935 roku. Pochowano go na cmentarzu parafialnym w Pomiechowie.



Tuż przed wybuchem wojny Innocenta zaczęła zarabiać na życie pomagając w gospodarstwie Pawelskich w Śniadowie. Marianna Wasilewska z Pawelskich, jej ciotka mieszkała wówczas w okolicach Nasielska, gdzie poznała rodzinę Koryckich. Po miesiącach pertraktacji udało się jej wyswatać Innocentę z pięćdziesięciodwuletnim Piotrem Koryckim. Zdaniem całej rodziny była to dla samotnej Noci idealna partia. Człowiek spokojny, zarabiający a co najważniejsze zapewne bogaty, bo jego jedyna siostra Waleria Kostewicz od dziesięcioleci mieszkała już w Stanach Zjednoczonych.

Piotr był od dawna człowiekiem samotnym. Jego ojciec Jan z Nuny zmarł, gdy syn miał zaledwie dwanaście lat. Matka Joanna z Kowalskich, po sześciu latach wdowieństwa, w roku 1904 ponownie wyszła za maż za Antoniego Sadkowskiego. Przed wojną pracował jako konduktor na kolei. Po wybuchu wojny utrzymywał się z szewstwa. Jak wspominali po latach sąsiedzi, był człowiekiem wszechstronnie zdolnym, umiał zrobić wszystko. Mimo to żył bardzo skromnie w wynajętym domku w Morgach. Ślub Piotra i Innocenty odbył się 25 sierpnia 1940 roku w nasielskim kościele.

Sielanka nowożeńców trwała krótko. Ona, żyjąca dotychczas wśród licznej rodziny, panna nie najmłodsza i on, jak na pana młodego raczej podstarzały z nabytymi przyzwyczajeniami do życia w samotności i samostanowienia wcześniej czy później musieli się poróżnić. Świeżo upieczona żona skarżyła się swej rodzinie, że mąż nie pozwala jej nawet posprzątać mieszkanka pieczołowicie chroniąc wszystko, co związane jest z jego zmarłą matką. Wypominała mu też pospolite dziwactwa, jak na przykład zbieranie pudełek po zapałkach i rozdawanie ich, jako kolekcjonerskich skarbów, wracającym ze szkoły dzieciom. Mało prawdopodobne, aby były to wszystkie zastrzeżenia do Piotra, gdyż już wczesną zimą tego samego roku Innocenta samotnie powróciła do Szczypiorna. Decyzji o rozstaniu nie zmieniła także wtedy, gdy okazało się, że jest w ciąży.

Jej mąż po krótkim czasie oczekiwania na powrót żony wyprowadził się z domu i zamieszkał w wynajętym pokoiku u krewnych Śmigielskich. Wielokrotnie do swych gospodarzy wyrażał żal, czy wręcz rozpacz z decyzji o ożenku. Po żonę jednak nie poszedł. Nie wiadomo, czy na przeszkodzie stanęła mroźna i śnieżna zima, czy też upór. W połowie marca do Szczypiorna dotarła wieść o jego niespodziewanej śmierci.

Śmierć ta była zaskoczeniem również dla Śmigielskich. Wieczorem jeszcze rozmawiali ze swym lokatorem a następnego dnia o świcie zbudziło ich donośne walenie w okno. To dwóch Suskich, dalecy krewni z Nuny przyjechali zabrać rzeczy Piotra, który właśnie w nocy zmarł. Załadowali na wóz cały dobytek Koryckiego i wyjechali. „Skąd oni wiedzieli o tej śmierci, skoro ja, mieszkając przez ścianę z nim, nie wiedziałam” – dziwiła się Śmigielska. W czas wojny nikt przyczyn śmierci nie dociekał.

O szóstej rano 17 maja 1941 roku w Szczypiornie przyszła na świat córka Innocenty. Nikt jej nie wróżył długiego życia, więc w pośpiechu, zaraz nazajutrz, miejscowa akuszerka, Marianna Oraczewska zaniosła dziewczynkę do pomiechowskiego kościoła prosząc o pilny chrzest. Xiądz Antoni Szewczak o godzinie dziesiątej nadał jej imię Jadwiga a rodzicami chrzestnymi byli Antoni Pawelski i Jadwiga Kamińska.

Wbrew powszechnym obawom Jadwiga jednak przeżyła i nawet zdążyła uszczuplić dobytek III Rzeszy. W tym czasie w lasach Szczypiorskich Niemcy urządzili warsztaty naprawy wozów bojowych. Gdy pewnego popołudnia wracała z matką ze Śniadowa, zauważyła stojący nieopodal drogi stołeczek, który tak jej przypadł do gustu, że uparła się go zabrać. Innocenta, widząc, że stojący w pobliżu Niemiec domyślił się zamiarów dziecka i specjalnie odszedł, pozwoliła córce na tę nietypową kradzież. Stołek jeszcze długo po wojnie służył rodzinie.

Stacjonujący koło wsi Niemcy wykorzystywali mieszkańców do wielu prac. Jednym z nich było pielęgnowanie upraw gumy. Do wyrywania chwastów chodziły więc także córki Stanisława Kilisia a Innocenta zabierała ze sobą małą Dziunię. Dziecko oczywiście przeszkadzało, więc Niemcy zaczęli interweniować: - Po co ona tu? – zapytał jeden z nich. – A co mam z nią zrobić? Suka szczeniaki trzyma w zębach a ja mam dziecko zostawić? – odpowiedziała Korycka. – Wynocha stąd i zabieraj tego bachora – odkrzyknął Niemiec spełniając ukryte marzenia kobiety.

Wojna nie poczyniło większych szkód we wsi, a życie w obozie koncentracyjnym stracił tylko jeden mężczyzna. Zapytany przez okupanta o wyznanie, odpowiedział: „ja to jestem bezwyznaniowy”. Ta deklaracja kosztowała go wolność a potem życie. Najbardziej dramatyczne momenty nadeszły wraz z nadciąganiem wojsk sowieckich. Wszyscy krewni zebrali się w zbudowanym na działce schronie, w domu pozostała jedynie Marianna Chojnacka. To ona przygotowywała posiłki dla całej rodziny w czasie, gdy rodzina ta ukrywała się przed nadlatującymi pociskami. Jeden z takich pocisków trafił w dom Pawelskich w Śniadowie, przeleciał przed drzwi i urwał nogę trzynastoletniemu Zdzisiowi. Chłopak mógł być uratowany, ale zdecydowanie nie chciał być leczony. Zmarł. Od odłamków zginął też inny członek rodziny Pawelskich. Został trafiony na wozie w czasie, gdy próbował uciec z zagrody.

Zaraz po wojnie, Stanisław Chojnacki, mąż Marianny, nie mając już na głowie problemów z Niemcami, skupił się na Innocencie i jej córce. Po wielu incydentach z pobiciem dziecka, zdecydował się na bardziej zdecydowane kroki. Pod nieobecność domowników zrzucił dach z izdebki, w której mieszkała jego szwagierka z dzieckiem. Przed rodziną usprawiedliwiał się później, że obawiał się, że za parę lat „do dziewczyny będą schodzić się chłopy”. Pozbawionych dosłownie dachu nad głową przygarnęli mieszkający po sąsiedzku Kamińscy. Mąż Jadwigi, Czesław zabrał resztki materiału z izby, jaka stała u Chojnackich i z nich zbudował nową izbę obok swojego domu.

Innocenta, tak jak dawniej, tak i po wojnie utrzymywała się jedynie z sezonowym prac polowych u swych krewnych. Czasami byli to bracia jej matki, Władysław lub Antoni Pawelscy a najczęściej córka Jana Kilisia, Bronisława Ostrowska. Mieczysław i Bronisława Ostrowscy żyli w dawnym domu po Kilisiach we Wronie uprawiając dużą część gospodarstwa,. Jakie po nich odziedziczyli. Zatrudniany na stałe jeden parobek nie był w stanie wystarczająco odciążyć ich w pracy, więc chętnie korzystali z pomocy ubogiej krewnej.
We wrześniu 1948 roku Jadwiga rozpoczęła naukę w szczypiorskiej szkole zaś 24 czerwca roku następnego przystąpiła w Pomiechowie do I Komunii świętej. W Szczypiornie do 1972 roku istniała czteroklasowa szkoła Podstawowa. Do klasy piętej musiałaby iść do szkoły w Kosewie, lecz jej matka zdecydowała o czasowym zamieszkaniu u krewnych we Wronie. Zatem Jadwiga tam rozpoczęła naukę w nowej klasie. Mimo ciężkiej pracy kobieta miała dla siebie i córki zapewniany tam spokojny byt. Wszystko skończyło się 20 stycznia.
Było to na dzień przed planowanym powrotem do Szczypiorna. Chcąc zaopatrzyć się na planowany pobyt w domu, zdecydowała się pojechać z Ostrowskim do Płońska na zakupy. Zima była śnieżna, więc i sanie, jako środek transportu wydawał się właściwy. Co prawda sąsiad radził, aby w taką podróż wziąć raczej duże sanie, ale Ostrowski zdecydował, że pojadą „zajdkami”. Jadąc do miasta, podwieźli przy okazji do szkoły Jadwigę, która będąc mimowolnym świadkiem sprzeczki dorosłych, wywnioskowała, że jej mama będzie wracać pociągiem. Jedenastoletnia Jadwiga wielokrotnie wybiegała później z domu na stację kolejową aby spotkać się z matką. Niestety, Innocenta postanowiła jednak wracać razem z Mieczysławem Ostrowskim. Na moście w okolicach Szczytna w ich sanie uderzył wojskowy star. Innocenta została przewieziona do szpitala w Płońsku przygodnie zatrzymanym „żukiem”. Przybyła na miejsce karetka pogotowia zabrała jedynie drugiego poszkodowanego, który nie miał szans na przeżycie. Zmarła 15 minut po północy.

Jadwiga została sierotą. Jej dalsze losy ważyły się dość długo. Ostatecznie została formalnie przyjęta do domu dziecka, jednak w rzeczywistości pozostawała pod opieką ciotki Jadwigi Kamińskiej, która w tym czasie miała już dziewięcioro swoich dzieci. W rodzinie tej, z krótkimi przerwami Jadwiga była do chwili, gdy biedą zmuszona została do przerwania nauki w pułtuskim liceum pedagogicznym a później krótkotrwałej pracy w rozlewni wód gazowanych w Nowym Dworze. Z tą ostatnią musiała rozstała się, gdyż już w wieku lat kilkunastu pojawiły się pierwsze oznaki choroby reumatycznej.

Poszukiwania nowej pracy nie trwały długo. Brat cioteczny, Edmund Pawelski przyniósł pewnego dnia wieść, iż do sklepu w sąsiednim Błędówku poszukiwana jest następczyni sprzedawczyni, która narobiła znacznego manka. Tu jednak potrzeba było zabezpieczenia finansowego lub tzw. żyrantów. Gdy problem rozwiązano, a owdowiała dawno ciotka Marianna Chojnacka zgodziła się przyjąć siostrzenicę pod dach, Jadwiga mogła zacząć nową prace. Codzienne, bez względu na pogodę pokonywanie sześciu kilometrów do i z pracy nie było przyjemnością, ale praca dawała pewną stabilizację. Dała też i coś innego w pracy poznała swą pierwszą miłość. Miłość ta przyszłości jednak nie miała. Dla krewnych chłopaka Jadwiga była zbyt biedna. Ten z kolei znajomości zerwać nie chciał, ale na ślub też zdecydować się nie mógł. Jadwiga pomogła mu podjąć decyzję wychodząc za mąż za poznanego na weselu Mamajów Adama. Ślub odbył się w kościele parafialnym w Pomiechowie 26 grudnia 1964 roku, zaś skromne przyjęcie weselne przygotowało wujostwo Kamińscy. Jadwiga zgodziła się zamieszkać w Dziekanowie Polskim, w domu swych nowych teściów, zaś Adam, co raczej nie zdarza się często, zgodził się później przyjąć nazwisko żony.

***

Rozmowa trwała w najlepsze, gdy Kazimierz Kiliś znów był zmuszony brutalnie ją przerwać przypominając o upływającym czasie. Mimo obaw o opuszczane w szkole lekcje, obaj umówili się na następny dzień. Do spotkania naturalnie musiałoby dojść gdyby nie niespodziewane wydarzenia, które całkowicie zmieniły bieg wypadków.
Piotr wracając do domu znalazł w skrzynce kontaktowej przesyłkę. Na udającym śmiecia kawałku papieru było napisane: Devirgos piloste Błogosławie tersces timo!
Piotr zrozumiał. Do Błogosławia było jednak zbyt daleko, aby próbować dotrzeć tego wieczora. Godzina milicyjna zaczynała się za kwadrans.

Był też inny problem. Trzeba było wymyśleć jakąś bajkę dla rodziców. Piotr nie wiedział wszak w jakim celu i na jak długo wzywany jest na Błogosławie. Tak nagła decyzja „KAT” kazała domyślać się niecodziennych powodów, więc należało być przygotowanym na każdą ewentualność.
Następnego ranka Piotr zabrał więc do plecaka nie książki a zapas jedzenia oraz jakieś ubrania na zmianę i ruszył tam, gdzie wskazywał wczorajszy rozkaz.
Na miejscu było już kilkunastu chłopaków w przeróżnym wieku. Mimo to niewprawne oko nie zauważyłoby nic szczególnego. Wśród krzewów i drzewek porastających stare, carskie bunkry nie można było dostrzec żadnego ruchu. Teren, jak zawsze opuszczony i zaniedbany, odwiedzały jedynie wrony. W normalnych czasach zaglądały tu też grupki pijaczków korzystających ze schronienia podczas deszczów czy chłodów. Teraz jednak, gdy po ulicach krążyły patrole, każdy obiekt wojskowy, nawet od dziesięcioleci nieużywany, budził jakiś lęk. Lepiej było trzymać się od niego daleko.
Piotra na miejscu przywitał „Żaba” opowiadając niewiarygodną wręcz historię. Otóż „dwójka” dostała zadanie odtworzenia ostatnich dni „Marzeny”. Dziewczyna uciekła zomowcom w okolicach Zakroczymia i tam zmarła w domu samotnie mieszkającej kobiety. Grupa badająca jej historię, od Zakroczymia oddaliła się dość znacznie, ale mimo upływającego czasu, efektów jej starań było niewiele. Więcej, przez własną nieostrożność weszła w drogę bliżej nieokreślonym „esbekom”. Prawdopodobnie doszło wtedy do jakiegoś pościgu, po którym do domu nie powrócił „Rysiek”. Następnego wieczora jego ojciec dostał wiadomość o śmierci syna. Bezpośredni dowódca „Ryśka” poprosił więc o interwencję „KAT”, jednostkę Piasta do zadań nietypowych. Chłopaki poszli w teren i wkrótce zameldowali o… zatrzymaniu jeńca.

Jeniec okazał się funkcjonariuszem SB w wieku, który pilnującym go chłopakom musiał się wydawać wielce zaawansowanym. Przykuty kajdankami do wystającego z murów stalowego zbrojenia, nie ukrywał przerażenia. Co prawda, siedząc tak już kilkanaście godzin przestał się wyrywać, ale nie trzeba było być psychologiem, aby być pewnym jednego – nawieje, gdy tylko nadarzy się pierwsza okazja. Nic więc dziwnego, że mimo solidnych, milicyjnych kajdanek, cały czas siedział z nim któryś ze strażników.

- Co wy kombinujecie? – zapytał „Żabę” nowoprzybyły.
- To długa historia. Pokrótce mówiąc, okazało się, że ten tam – „Żaba” wskazał na więźnia – ma informacje o losach „Grześka”. Dowódca uznał, że nie ma innego sposobu na wyciągnięcie ich z niego, jak tylko przypiekanie…
- Przypiekanie?!
- No przypiekanie, bo taki ruski syn nie przestraszył się gnata wciśniętego pod brodę, to pozostaje przypiekanie – „Żaba” wycedził spokojnie i powoli, jakby to była dla niego codzienność.

Rozmawiając tak doszli do jednego z okienek w grubym na metr murze. Tuż przy nim stał czarnowłosy szesnastolatek z radiem CB i latarką. Bacznie wpatrując się w zaokienną rzeczywistość nie zareagował na odgłos kroków za plecami. Jego zadaniem była obserwacja terenu i oddawał się mu w zupełności. Chłopcy przeszli obok nie niepokojąc go. Spacer po ciemnych, zaśmieconych wilgotnych korytarzach nie należał do najprzyjemniejszych. Ponadto liczne otwarte studnie i pozostałości po czymś, co dziś trudne jest już do odgadnięcia stanowiło ryzyko niebywałe. Zagrożenie potęgował fakt, że będące na wyposażeniu każdego z nich latarki nieczęsto były używane a to z powodu oszczędności baterii, których kupno graniczyło z cudem.

- Po co ściągacie nowych ludzi do jednego gnoja?
- Szilas – „Żaba” zwrócił się do Piotra jego ówczesnym pseudonimem – my tu już od trzech dni jesteśmy. Trzeba zmienić chłopaków. No i pomysły jakieś by się przydały, bo siedzieć tu nie możemy w nieskończoność.
- Przecież mieliście go przypiekać…
- To ostateczność. Wyobrażasz sobie, jak psy będą się mścić?
- A za porwanie nie będą?
- Porwanie… no i… odebranie broni… - „Żaba” zawiesił głos, jakby się nad czymś głęboko zastanawiał. Nie, myślę, że nie będą – dodał po chwili i wyjaśnił: - My to chodzimy w maskach, więc twarzy nikogo z nas nie widział, ale jasne jest, że bydle głupie nie jest i po posturach musiało domyśleć się, że załatwiło go kilku nastolatków. Myślisz, że pochwali się, że tak dał się podejść dzieciakom?
- Z braku gnata będzie musiał się jakoś wytłumaczyć…
- Oni swojemu krzywdy nie zrobią. Powie, że zapił i zgubił – przewidywał „Żaba”.

Przez chwilę stali w milczeniu analizując w duszy sytuację i poszukując wyjścia z pułapki, w jaką wpadł nie tylko milicjant, ale i jego oprawcy. Tortury rzeczywiście wydawały się ostatecznym i bardzo ryzykownym rozwiązaniem. Wreszcie Piotr przerwał tę męczącą ciszę:

- Macie gdzieś F-1? - Granat?! - Granat. - Obawiam się, że po F-1 to on już nic nie powie… - odparł całkiem poważnie „Żaba”. – No i skąd ja ci wezmę tu F-1 ?
- To wyślijcie kogoś po trzy litry benzyny, szeroką, stabilną świecę i kilka starych ciuchów.
- Po co?!

„Szilas” pociągnął kolegę w bardziej odosobnione miejsce i coś mu przez dłuższą chwilę szeptał do ucha, po czym wywiązała się cicha, ale nerwowa dyskusja. Na koniec starszy z nich zawyrokował: - Dobrze, ślę gońca z pismem do komendanta.
- To kiedy to będzie – denerwował się Piotr.
- Samochodem.
- Macie tu samochód? Nie widziałem.
- To tylko znaczy, że dobrze zamaskowany – uśmiechnął się „Żaba”.

Rzeczywiście. Po kilku minutach dało się słyszeć oddalający się warkot silnika. Komendant wiedząc o przetrzymywaniu jeńca, musiał być gdzieś blisko, bo goniec powrócił w niecałe dwie godziny. Okazało się, że przywiózł nie tylko zgodę „:najwyższego”, ale także niezbędne gadżety.

- Macie tu wszystko, co potrzeba – rzuciła w stronę chłopaków około dziewiętnastoletnia dziewczyna. Jej twarz zasłaniała czarna kominiarka, ale w głosie czuć było trwogę. Mimo młodego wieku wszyscy chyba zdawali sobie sprawę z tego, co musi się stać, jeśli cokolwiek pójdzie niezgodnie z planem.
- „Jagoda”, zostaniesz z nami? – zapytał dowódca nowoprzybyłą? – Zwołaj zatem wszystkich i każ się rozjechać i szukać sobie alibi na najbliższe trzy godziny – dodał słysząc zdecydowaną odpowiedź dziewczyny.
- Kto z jeńcem? – zapytała żołnierskim tonem?
- Nie ucieknie – zaśmiał się „Żaba”.

Ludzie zostali rozesłani a oni cierpliwie czekali jeszcze godzinę, aby dać każdemu czas na pokazanie się w jakimś większym gronie. Gdyby więzień uciekł albo zginął, każdy musiał mieć alibi, że w tym czasie był gdzie indziej.

- Idziemy? – „Jagoda” wstała dając do zrozumienia, że pora zaczynać. Za jej przykładem poszli inni. Do celi, gdzie przykuty był jeniec szli w milczeniu taszcząc tobołek z rekwizytami.

- No, towarzyszu, przyszła pora na spowiedź albo… - Piotr zwrócił się do milicjanta nie szczędząc mu zasłyszanych w życiu bluźnierstw. Tamten nie odpowiedział. Milczał także, gdy oblewany był benzyną. Milczał, gdy do nóg wiązano mu upleciony z nasączonych benzyną szmat sznur. Milczał, gdy drugi koniec sznura umieszczono w płaskim pojemniku z paliwem. Obserwował w milczeniu, gdy…

siostra Kamila Barbara MajByło już późne popołudnie, gdy Piotr szczęśliwy wracał do domu. Niestety, nikomu nie mógł się dzisiejszym wyczynem pochwalić. Nikomu, prócz siostry Kamili z legionowskiego zakonu ss. Misjonarek Świętej Rodziny. „Tak, muszę wejść do siostry choć na chwilę” – zdecydował. Prosto ze stacji kolejowej niemal pobiegł do klasztoru. Dzwonek do bramy, dzwonek do drzwi…

- Szczęść Boże, ja do siostry Kamili – wyrecytował nim zobaczył, że siostra Kamila właśnie otworzyła mu drzwi. Nie zdążył opowiedzieć wrażeń z całego dnia, gdy zakonnica przerwała mu po pierwszym słowie: - Piotrek, biegnij do domu, bo twoja mama była w szkole i wie, że opuszczałeś lekcje. Jest bardzo zdenerwowana – dodała.

Powrót do domu nie trwał jednak krótko. Piotr musiał po drodze wymyśleć bajki stosowne na każdą okazję. Nie wiedział bowiem jak głęboką wiedzą o jego występkach przeciwko edukacji posiedli rodzice. Mimo niemal nieograniczonej pomysłowości okazało się, że wszystkie przygotowania na spotkanie w domu okazały się zbędne. Jadwiga Korycka podejrzewając syna już od pewnego czasu o opuszczanie zajęć, osobiście wybrała się do szkoły. Na nic więc zdały się przygotowane wykręty i tłumaczenia, że w tej szkole jego los jest i tak przesądzony. Problemy trwały od kilku miesięcy a zaczęły się, gdy milicja poinformowała dyrekcję szkoły o zatrzymaniu jej ucznia a później także nowodworski sąd nie omieszkał wysłać zawiadomienia o wyroku skazującym. Jakby tego było mało, chłopak zapytał na przerwie rusycystkę, czy wie, dlaczego każdy Polak powinien uczyć się rosyjskiego? Wyjaśnienie, że warto znać język wroga, nie przypadło nauczycielce do gustu. Bez względu na starania, oceny jakie otrzymywał rzadko wyrastały ponad najniższą w tamtych czasach dwójkę. Perspektywy promocji do następnej klasy były żadne. No, ale jak to wytłumaczyć rodzicom, dla których nauka przesłaniała wszystko inne? Nie było wyjścia, Piotr musiał grzecznie obiecać nadrabianie zaległości. Ogłoszony miesiące temu w Polsce stan wojenny zaczął obowiązywać także w mieszkaniu Koryckich.





Rozdział I *** >Rozdział V